Wyniki wyszukiwania: short baseball game
Znalezione filmy dla short baseball game:
Brak.
Nie zwracał na nią uwagi.
W Waszyngtonie nie było człowieka, który przeszedłby obojętnie obok jej urody, jednak w tym miejscu wszystko zdawało się mieć inne, bez porównania gorsze znaczenie. Wspominała z żalem wielbicieli z liceum – szczególną tęsknotą darzyła Matta Stevensa, najprzystojniejszego chłopaka w szkole i obiekt westchnień wszystkich uczennic, którego zaloty odrzuciła. W pewnym sensie, wystarczała jej sama świadomość wzbudzania w innych żarliwych doznań, samej zachowując uczuciową autonomię.
A jedyna osoba, wobec której byłaby gotowa z niej zrezygnować, jej nie dostrzegała.
Oczywiście, nie unikał jej, wprost przeciwnie, był dla niej miły… i na tym się właściwie kończyło. Nie miała okazji pobyć z nim sam na sam, bo zawsze ktoś był w pobliżu, a jego samego rzadko widywała – zwykle przesiadywał samotnie w swoim pokoju na piętrze, bądź znikał gdzieś wieczorami na cale godziny. Cały dom zajmował się teraz jakimiś podejrzanymi sprawami, w których ona nie miała udziału – przyzwyczajona do bycia w centrum uwagi, czuła się zwyczajnie ignorowana.
Zszedł razem z nimi na dół, a ona ponownie zachwyciła się jego widokiem. Moment, kiedy schodził po schodach i obrzucił ją przelotnym spojrzeniem, mogłaby przeciągać w nieskończoność.
Potem Esme zapytała, kto wybiera się na mecz, a on niemal zrezygnował, wymawiając się jakimś błahym powodem, kiedy zaczepił go ten wielki chłopak:
- Co jest, mały Jazz ma dość wrażeń?
- Wiesz co, zmieniam zdanie. Tylko po to, żeby skopać ci ten wkurzający tyłek.
W duchu stwierdziła, że coraz bardziej lubi Emmeta.
Jako, że było ich dziewięciu – Aleksyn wybierał się na spacer z psem – musieli zapakować się w dwa samochody. Szybko zorientowała się, że Jasper będzie jechał wozem z Rosalie i jej ukochanym, więc skierowała się w tamtą stronę.
- Nie jedziesz z Bellą? – odwróciła się do niej Rose, kiedy siadała obok jej przyszywanego brata na tylnym siedzeniu.
- Nie – wymruczała, zerkając z boku na jej sąsiada i usiłując nie zdradzić się rumieńcem.
Rosalie obrzuciła ich dwójkę dziwnym spojrzeniem i uśmiechnęła się pod nosem.
- Jedziemy – czy jej się wydawało, czy w głosie jej kuzynki nie pobrzmiewała nuta niedowierzania?
- Jak sobie pani życzy – powiedział Emmet, wrzucając bieg.
Terenówka ruszyła, wbijając pasażerów w fotel, przy wtórze donośnego ryku silnika. Renesmee natychmiast pożałowała swojego kroku, bowiem obijała się jak marionetka po siedzeniu, podczas gdy Jasper ze stoickim spokojem wkładał czapkę z daszkiem na głowę. Kiedy dotarli na polanę, była cała obolała od uderzania ciałem w ramę auta.
Reszta natomiast wysiadła spokojnie, bez śladu najdrobniejszych obrażeń.
- Musisz zmienić paliwo – powiedział Jasper, rzucając bratu kij baseballowy. – Samochód nie może się rozpędzić.
Nie może się rozpędzić? Była przekonana, że to właśnie robił: pędził jak szalony.
- Nie bój głowy, zmieniam opałówkę i pokaże, na co go stać – roześmiał się kierowca, zgrabnie przechwytując pałkę.
Jeśli nie osiągnął szczytu swoich możliwości, to jak miała nazwać wariacką jazdę, w jakiej uczestniczyła?
- Co tak ładnie pachnie? – zapytała nagle Bella.
Renesmee stała tak blisko Jaspera, że zauważyła, jak ten nieruchomieje.
- Już nie czuję – poprawiła się zaraz.
Rozluźnił się nieco, ale nadal wyczuwało się w nim napięcie.
- Gdzie jest sędzia? – ktoś zadał pytanie.
Esme podniosła rękę.
- Ja jestem w tym najlepsza – powiedziała. – Bynajmniej nie oszukuję.
- Ostatnim razem faktycznie należały nam się punkty – Alice wyszczerzyła zęby w niewinnym uśmiechu.
Emmet żartobliwym gestem zerwał jej baseballówkę z głowy.
- Całe osiemnaście punktów? – zapytał z czapką w wyciągniętej ręce, naigrywając się z podskakującej siostry. – Mała spryciara!
Edward podrzucił piłkę w dłoni.
- Nie wierzę, nadal oszukujecie grając w baseball?
- Zdziwiłbyś się, jak bardzo – podsumowała Esme. – Em, oddaj Alice jej czapkę.
Carlisle podzielił drużyny, przydzielając ją do Rosalie, Emmeta i Edwarda (on na pewno zadba, żeby nic ci się nie stało, stwierdził Carlisle), sam miał grać z Alice, Bellą i, ku jej wielkiemu rozczarowaniu, z Jasperem.
Szybko zrozumiała, co Carlisle rozumiał przez swoje słowa, umieszczając ją w jednej drużynie z Edwardem. Do tej pory brała udział jedynie w ludzkich rozgrywkach na sportowych zajęciach, jednak to, czego teraz była świadkiem nijak miało się do jej poprzednich doświadczeń. Wampiry grały agresywnie i brutalnie, przy tym wszystkim tak szybko, że sama, choć płynęła w niej krew nieśmiertelnych, miała trudności z orientowaniem się w wynikach.
- Aut! – zarządziła Esme na rundkę Alice. Ta wydęła wargi i ustawiła się na swoim polu. – Piłka dla Rosalie!
Wymierzyła i rzuciła do Emmeta, który odbił ją z siłą, która wyrzuciła piłkę daleko za boisko. Renesmee skrzywiła się, pewna straconego punktu, ale nie zobaczyła przy sobie swojego ojca. Zakręciła się zagubiona wokół własnej osi i zobaczyła go, wybiegającego zza drzew z piłeczką w ręce.
- Wooo, Edward dalej w formie! – zawył Emmet.
Potrząsnęła z niedowierzaniem głową.
Teraz przy kiju był Jasper.
- Dalej Jazz, przestań się ociągać! – brat krzyknął do niego z drugiej strony boiska.
Ze swojego miejsca widziała, jak na usta Jaspera wpełza mściwy uśmiech. Zadrżała na ten widok.
Zakręcił od niechcenia młynka kijem.
- Już do ciebie leci, kochanie.
I uderzył.
Piłka przecięła ze świstem mgliste powietrze z prędkością blisko dwustu mil na godzinę i trzasnęła w Emmeta z mocą, która wyrzuciła go dwadzieścia stóp za boisko.
Niczym na spowolnionym tempie widziała, jak masywne ciało jej kuzyna unosi się w powietrze i w chmurze błota i kępek trawy ląduje na ziemi przy wtórze huku, który idealnie zsynchronizował się z grzmotem pioruna.
Krzyknęła ze zgrozą, ale chyba nikt jej nie słyszał. Rozejrzała się wkoło zdezorientowana, ale nie znalazła poparcia dla własnych obaw.
Jej towarzystwo zaśmiewało się do rozpuku.
Nawet Carlisle, zawsze dystyngowany, ocierał załzawione oczy i krzyknął:
- Em, nie warto drażnić najszybszego pałkarza w Michigan!
Tymczasem poszkodowany podniósł się na nogi z niewyraźną miną.
- Dajcie mi go jeszcze raz! – zagroził.
- Na dziś koniec faulowania! – uprzedziła Esme, ale jej kąciki jej ust uparcie drżały. – Bella przy piłce!
Bella odrzuciła z wdziękiem ciemne włosy i zamachnęła się do rzutu. Rodzice znajomych Renesmee byli starzy i nie dorównywali urodą jej rodzicielom, z tego powodu przedstawiano ją jako ich kuzynkę. Nieświadomie poczuła dumę. Naraz przypomniała sobie zdarzenie sprzed chwili i poczuła lęk przed własnym biegiem do bazy.
- Nie ma się czego bać – usłyszała przy sobie melodyjny głos.
Prawie podskoczyła, kiedy zobaczyła przy sobie Jaspera.
- Emmet jest silny jak wół – dodał, najwidoczniej biorąc jej maślane spojrzenie za przejaw niedowierzania. – Nic mu nie jest.
Właśnie była wpatrzona w jego rzęsy; proste i gęste, wyraźnie odcinające się na tle białej skóry, kiedy przypomniała sobie o jego darze wyczuwania emocji i w myślach kazała się sobie uspokoić.
- To ty jesteś bardzo silny – podniosła palec wskazujący do ust i gestem, który tylko w pewnej części był nieświadomy, dotknęła dolnej wargi. Zazwyczaj to wystarczało, żeby rozproszyć uwagę rozmówcy – naprawdę mocno nim zarzuciło.
Wzruszył ramionami.
- Nie widziałaś go w akcji – powiedział tylko.
Opadły jej ręce. Nie zadziałało!
Chmura, która jakiś czas temu zawisła nad ich głowami, zagrzmiała ponuro i pierwsze krople deszczu uderzyły o murawę.
Nie przerywaliby gry z tak błahego powodu, ale Edward zwrócił uwagę na Renesmee, stojącą w koszulce na deszczu i zgodnie zarządzono koniec meczu.
- Zbieramy się!
Jasper obrzucił krytycznym spojrzeniem jej ubranie i zdjął z siebie cienką kurtkę.
- Załóż to – powiedział, zakładając jej na ramiona okrycie. Przeszły ją dreszcze, kiedy jego palce zetknęły się z jej nagą skórą. – Rozchorujesz się.
- Nie jedziesz? – zapytała, kiedy nie ruszał się w stronę samochodu.
Pokręcił przecząco głową. Zauważyła, że zerknął w stronę czarnej ściany lasu.
- Mam coś do załatwienia.
W tej chwili zrównała się z nimi reszta i dosłownie została zaciągnięta do auta.
- Wskakuj, istne oberwanie chmury – narzekała Bella.
Ruszyli. Kiedy Renesmee obejrzała się za siebie, nie zobaczyła niczego poza strugami deszczu na szybie.
W Waszyngtonie nie było człowieka, który przeszedłby obojętnie obok jej urody, jednak w tym miejscu wszystko zdawało się mieć inne, bez porównania gorsze znaczenie. Wspominała z żalem wielbicieli z liceum – szczególną tęsknotą darzyła Matta Stevensa, najprzystojniejszego chłopaka w szkole i obiekt westchnień wszystkich uczennic, którego zaloty odrzuciła. W pewnym sensie, wystarczała jej sama świadomość wzbudzania w innych żarliwych doznań, samej zachowując uczuciową autonomię.
A jedyna osoba, wobec której byłaby gotowa z niej zrezygnować, jej nie dostrzegała.
Oczywiście, nie unikał jej, wprost przeciwnie, był dla niej miły… i na tym się właściwie kończyło. Nie miała okazji pobyć z nim sam na sam, bo zawsze ktoś był w pobliżu, a jego samego rzadko widywała – zwykle przesiadywał samotnie w swoim pokoju na piętrze, bądź znikał gdzieś wieczorami na cale godziny. Cały dom zajmował się teraz jakimiś podejrzanymi sprawami, w których ona nie miała udziału – przyzwyczajona do bycia w centrum uwagi, czuła się zwyczajnie ignorowana.
Zszedł razem z nimi na dół, a ona ponownie zachwyciła się jego widokiem. Moment, kiedy schodził po schodach i obrzucił ją przelotnym spojrzeniem, mogłaby przeciągać w nieskończoność.
Potem Esme zapytała, kto wybiera się na mecz, a on niemal zrezygnował, wymawiając się jakimś błahym powodem, kiedy zaczepił go ten wielki chłopak:
- Co jest, mały Jazz ma dość wrażeń?
- Wiesz co, zmieniam zdanie. Tylko po to, żeby skopać ci ten wkurzający tyłek.
W duchu stwierdziła, że coraz bardziej lubi Emmeta.
Jako, że było ich dziewięciu – Aleksyn wybierał się na spacer z psem – musieli zapakować się w dwa samochody. Szybko zorientowała się, że Jasper będzie jechał wozem z Rosalie i jej ukochanym, więc skierowała się w tamtą stronę.
- Nie jedziesz z Bellą? – odwróciła się do niej Rose, kiedy siadała obok jej przyszywanego brata na tylnym siedzeniu.
- Nie – wymruczała, zerkając z boku na jej sąsiada i usiłując nie zdradzić się rumieńcem.
Rosalie obrzuciła ich dwójkę dziwnym spojrzeniem i uśmiechnęła się pod nosem.
- Jedziemy – czy jej się wydawało, czy w głosie jej kuzynki nie pobrzmiewała nuta niedowierzania?
- Jak sobie pani życzy – powiedział Emmet, wrzucając bieg.
Terenówka ruszyła, wbijając pasażerów w fotel, przy wtórze donośnego ryku silnika. Renesmee natychmiast pożałowała swojego kroku, bowiem obijała się jak marionetka po siedzeniu, podczas gdy Jasper ze stoickim spokojem wkładał czapkę z daszkiem na głowę. Kiedy dotarli na polanę, była cała obolała od uderzania ciałem w ramę auta.
Reszta natomiast wysiadła spokojnie, bez śladu najdrobniejszych obrażeń.
- Musisz zmienić paliwo – powiedział Jasper, rzucając bratu kij baseballowy. – Samochód nie może się rozpędzić.
Nie może się rozpędzić? Była przekonana, że to właśnie robił: pędził jak szalony.
- Nie bój głowy, zmieniam opałówkę i pokaże, na co go stać – roześmiał się kierowca, zgrabnie przechwytując pałkę.
Jeśli nie osiągnął szczytu swoich możliwości, to jak miała nazwać wariacką jazdę, w jakiej uczestniczyła?
- Co tak ładnie pachnie? – zapytała nagle Bella.
Renesmee stała tak blisko Jaspera, że zauważyła, jak ten nieruchomieje.
- Już nie czuję – poprawiła się zaraz.
Rozluźnił się nieco, ale nadal wyczuwało się w nim napięcie.
- Gdzie jest sędzia? – ktoś zadał pytanie.
Esme podniosła rękę.
- Ja jestem w tym najlepsza – powiedziała. – Bynajmniej nie oszukuję.
- Ostatnim razem faktycznie należały nam się punkty – Alice wyszczerzyła zęby w niewinnym uśmiechu.
Emmet żartobliwym gestem zerwał jej baseballówkę z głowy.
- Całe osiemnaście punktów? – zapytał z czapką w wyciągniętej ręce, naigrywając się z podskakującej siostry. – Mała spryciara!
Edward podrzucił piłkę w dłoni.
- Nie wierzę, nadal oszukujecie grając w baseball?
- Zdziwiłbyś się, jak bardzo – podsumowała Esme. – Em, oddaj Alice jej czapkę.
Carlisle podzielił drużyny, przydzielając ją do Rosalie, Emmeta i Edwarda (on na pewno zadba, żeby nic ci się nie stało, stwierdził Carlisle), sam miał grać z Alice, Bellą i, ku jej wielkiemu rozczarowaniu, z Jasperem.
Szybko zrozumiała, co Carlisle rozumiał przez swoje słowa, umieszczając ją w jednej drużynie z Edwardem. Do tej pory brała udział jedynie w ludzkich rozgrywkach na sportowych zajęciach, jednak to, czego teraz była świadkiem nijak miało się do jej poprzednich doświadczeń. Wampiry grały agresywnie i brutalnie, przy tym wszystkim tak szybko, że sama, choć płynęła w niej krew nieśmiertelnych, miała trudności z orientowaniem się w wynikach.
- Aut! – zarządziła Esme na rundkę Alice. Ta wydęła wargi i ustawiła się na swoim polu. – Piłka dla Rosalie!
Wymierzyła i rzuciła do Emmeta, który odbił ją z siłą, która wyrzuciła piłkę daleko za boisko. Renesmee skrzywiła się, pewna straconego punktu, ale nie zobaczyła przy sobie swojego ojca. Zakręciła się zagubiona wokół własnej osi i zobaczyła go, wybiegającego zza drzew z piłeczką w ręce.
- Wooo, Edward dalej w formie! – zawył Emmet.
Potrząsnęła z niedowierzaniem głową.
Teraz przy kiju był Jasper.
- Dalej Jazz, przestań się ociągać! – brat krzyknął do niego z drugiej strony boiska.
Ze swojego miejsca widziała, jak na usta Jaspera wpełza mściwy uśmiech. Zadrżała na ten widok.
Zakręcił od niechcenia młynka kijem.
- Już do ciebie leci, kochanie.
I uderzył.
Piłka przecięła ze świstem mgliste powietrze z prędkością blisko dwustu mil na godzinę i trzasnęła w Emmeta z mocą, która wyrzuciła go dwadzieścia stóp za boisko.
Niczym na spowolnionym tempie widziała, jak masywne ciało jej kuzyna unosi się w powietrze i w chmurze błota i kępek trawy ląduje na ziemi przy wtórze huku, który idealnie zsynchronizował się z grzmotem pioruna.
Krzyknęła ze zgrozą, ale chyba nikt jej nie słyszał. Rozejrzała się wkoło zdezorientowana, ale nie znalazła poparcia dla własnych obaw.
Jej towarzystwo zaśmiewało się do rozpuku.
Nawet Carlisle, zawsze dystyngowany, ocierał załzawione oczy i krzyknął:
- Em, nie warto drażnić najszybszego pałkarza w Michigan!
Tymczasem poszkodowany podniósł się na nogi z niewyraźną miną.
- Dajcie mi go jeszcze raz! – zagroził.
- Na dziś koniec faulowania! – uprzedziła Esme, ale jej kąciki jej ust uparcie drżały. – Bella przy piłce!
Bella odrzuciła z wdziękiem ciemne włosy i zamachnęła się do rzutu. Rodzice znajomych Renesmee byli starzy i nie dorównywali urodą jej rodzicielom, z tego powodu przedstawiano ją jako ich kuzynkę. Nieświadomie poczuła dumę. Naraz przypomniała sobie zdarzenie sprzed chwili i poczuła lęk przed własnym biegiem do bazy.
- Nie ma się czego bać – usłyszała przy sobie melodyjny głos.
Prawie podskoczyła, kiedy zobaczyła przy sobie Jaspera.
- Emmet jest silny jak wół – dodał, najwidoczniej biorąc jej maślane spojrzenie za przejaw niedowierzania. – Nic mu nie jest.
Właśnie była wpatrzona w jego rzęsy; proste i gęste, wyraźnie odcinające się na tle białej skóry, kiedy przypomniała sobie o jego darze wyczuwania emocji i w myślach kazała się sobie uspokoić.
- To ty jesteś bardzo silny – podniosła palec wskazujący do ust i gestem, który tylko w pewnej części był nieświadomy, dotknęła dolnej wargi. Zazwyczaj to wystarczało, żeby rozproszyć uwagę rozmówcy – naprawdę mocno nim zarzuciło.
Wzruszył ramionami.
- Nie widziałaś go w akcji – powiedział tylko.
Opadły jej ręce. Nie zadziałało!
Chmura, która jakiś czas temu zawisła nad ich głowami, zagrzmiała ponuro i pierwsze krople deszczu uderzyły o murawę.
Nie przerywaliby gry z tak błahego powodu, ale Edward zwrócił uwagę na Renesmee, stojącą w koszulce na deszczu i zgodnie zarządzono koniec meczu.
- Zbieramy się!
Jasper obrzucił krytycznym spojrzeniem jej ubranie i zdjął z siebie cienką kurtkę.
- Załóż to – powiedział, zakładając jej na ramiona okrycie. Przeszły ją dreszcze, kiedy jego palce zetknęły się z jej nagą skórą. – Rozchorujesz się.
- Nie jedziesz? – zapytała, kiedy nie ruszał się w stronę samochodu.
Pokręcił przecząco głową. Zauważyła, że zerknął w stronę czarnej ściany lasu.
- Mam coś do załatwienia.
W tej chwili zrównała się z nimi reszta i dosłownie została zaciągnięta do auta.
- Wskakuj, istne oberwanie chmury – narzekała Bella.
Ruszyli. Kiedy Renesmee obejrzała się za siebie, nie zobaczyła niczego poza strugami deszczu na szybie.
27.08.2010 o godz. 11:21
komentuj (9)





