Wyniki wyszukiwania: red date part 2
Znalezione filmy dla red date part 2:
Brak.
- Matko, Ness!
- Już kończę, przestań mnie popędzać!
Rosalie ostatni raz poprawiła jej włosy i wypchnęła za drzwi pokoju.
- Jesteś pewna, że ta sukienka nie jest zbyt wyzywająca? – zapytała jeszcze przed schodami.
- Nie ma mowy! – pogoniła ją Rose, zerkając w stronę holu. Jasper już tam czekał, znając życie, pewnie zaczynał się niecierpliwić – jest idealnie!
W istocie, jej młodsza kuzynka prezentowała się pięknie. Miała na sobie młodzieżową wariacje na temat małej czarnej i wysokie buty od Christiana Louboutina. To w połączeniu z jej jasną cerą i burzą kasztanowych loków robiło piorunujące wrażenie. Jasper musiałby być ślepy, żeby nie dostrzec jej uroku.
Renesmee szybko znalazła w Rose bratnią duszę – mimo, że nie były spokrewnione, bardzo dobrze się ze sobą dogadywały, możliwe, że ze względu na podobieństwo charakterów. Ta druga dość szybko zorientowała się w fascynacji Nessie jej przybranym bratem i niewiele czasu miało upłynąć, zanim nie zobaczyła w jej obrazie Jaspera. Renesmee była mile zaskoczona świadomością, że starsza siostra nie potępia jej zainteresowania i tym większa była jej wdzięczność za okazaną pomoc.
Jasper już czekał na dole. Miał na sobie białą koszulkę pod swetrem w serek i widok jego szyi nad skrawkiem kołnierzyka sprawił, że omal nie potknęła się w trakcie schodzenia ze schodów. Cudem utrzymała równowagę. Potem jej wzrok zszedł niżej, aż do szlufek paska i spostrzegła, całkiem przypadkowo, że materiał pod guzikiem jasnych spodni jest taki… napięty. Zapomniała o tym, że stoi na schodach i kolejny krok postawiła w powietrzu.
- Ostrożnie – uprzedził Aleksyn, który właśnie wszedł do salonu, z kubkiem ciepłej krwi w ręku.
Rosalie złapała ją za rękę i pomogła utrzymać równowagę. Zaczęła się zastanawiać, czy siedmiocentymetrowe obcasy nie były błędem.
W tej chwili Jasper spojrzał na nią i jego brwi uniosły się, jakby w lekkim zdumieniu. Nessie pozostało mieć nadzieję, że jego reakcja była wywołana miłym zaskoczeniem, nie odwrotnie.
- I jak? – zapytała Rose, uniesionymi rękami prezentując przyjaciółkę, niczym modelkę na wybiegu.
Renesmee zarumieniła się po cebulki włosów, kiedy w hollu zapadła głucha cisza.
- Ślicznie – skwitował Aleksyn, przełknąwszy potężny łyk napoju. Rzucił się na kanapę i z rozmachem kazał włączyć się telewizorowi – schrupałbym cię, gdybyś nie była jednym z nas.
Rosalie uśmiechnęła się z zadowoleniem. Spojrzała wyczekująco na brata.
- Bardzo… dojrzale – powiedział w końcu. – To jak, zbieramy się?
Rosalie pacnęła się otwartą dłonią w czoło, jakby sobie coś przypomniała.
- Jazz, nie powiedziałam ci wcześniej – jej usprawiedliwiający ton nie wróżył niczego dobrego. I słusznie, bo kolejne zdanie miało zmienić ich plany – Emmet zostawił mi wiadomość, że mam dołączyć do nich na północy. Nie mogę z wami jechać.
Jasperowi opadły ręce.
- To co robimy? – zapytał.
- Pojedziecie we dwójkę – odparła niedbałym tonem. – Znasz nieco miasto, na pewno dobrze zorganizujesz ten czas.
Renesmee uśmiechnęła się do niego nieśmiało.
- Rose, zdajesz sobie sprawę, że w moim wypadku samotna wyprawa nie jest najlepszym pomysłem – jej uśmiech zgasł. – Poproszę Carlisle, powinien zgodzić się na małą wycieczkę.
- Ma nocny dyżur – uprzedziła go. – A Esme mu towarzyszy – dodała od razu.
- W takim razie…
Jego wzrok prześlizgnął się po salonie i zatrzymał na Aleksynie, w tej chwili przełączającego bezmyślnie programy bez użycia pilota.
- Nie – powiedziała Rosalie.
- Też mi się to nie podoba – skrzywił się Jasper. – Ale muszę mieć przy sobie kogoś silnego. Aleksyn!
Ten leniwie oderwał wzrok od ekranu telewizora. Renesmee przeczuwała, że miedzy tymi dwoma jest jakiś konflikt – unikali własnego towarzystwa i zachowywali w stosunku do siebie znaczący dystans.
- Co jest, Hale?
- Zbieraj się, właśnie załapałeś się na darmową wycieczkę do miasta.
Aleksyn obrzucił przeciągłym spojrzeniem postać Renesmee i uśmiechnął się z zadowoleniem, prezentując szkarłatne od świeżo wypitej krwi zęby.
- Wedle rozkazu, szanowny.
- Na litość boską – Jasper przewrócił oczami – przepłucz chociaż usta.
Odwrócił się w kierunku Renesmee i zmęczony wyraz twarzy zastąpił uśmiech.
Specjalnie dla niej.
- Jesteś gotowa poznać najnudniejsze miasto w stanie Michigan?
Odpowiedziała z namaszczeniem, jakby chodziło o małżeńską deklarację:
- Tak.
Co jej schlebiło, w samochodzie Jasper zignorował życzenie Aleksyna, żeby usiadła z nim na tyle i usadowił ją obok siebie na przednim siedzeniu. Podejrzewała raczej, że jego troska bierze się z niechęci do kuzyna niż romantycznych pobudek, ale i tak czuła się usatysfakcjonowana mając możliwość zerkania na jego profil.
- Co dotąd myślisz o Allegan? – zapytał ją, odrywając wzrok od ulicy i zwracając się w jej stronę przy prędkości blisko stu trzydziestu mil na godzinę.
- To bardzo… miłe miasto – wykrztusiła widząc, jak nie patrząc na ulicę gładko wchodzi w ostry zakręt. – Niewielkie, ale urocze.
Roześmiał się, jakby usłyszał dobry żart.
- Dobrze wiedzieć, że ktoś ma o nim tak pochlebne zdanie – odparł. – Osobiście uważam, że wystarczyłoby słowo „nudne”.
- „Nudne” to mało powiedziane – dorzucił z tyłu Aleksyn. Żuł właśnie miętową gumę i z każdym poruszeniem jego szczęk zapach mięty obiegał na nowo wnętrze samochodu.
- Przesadzacie – zaoponowała Renesmee. – Na pewno jest coś, co wyróżnia tą miejscowość od innych.
- Racja – zgodził się Jasper. – My.
Zaśmiał się po tych słowach, a Aleksyn mu zawtórował, wkrótce zataczając się z uciechy na kanapie.
- „My”! My jesteśmy atrakcją! To jest dopiero racja!
Renesmee odetchnęła z ulgą. Zdawało się, że jej sąsiadowi poprawił się nieco nastrój.
Kiedy wyjeżdżali z domu, na dworze panowała szarówka. Kiedy dojechali na miejsce, było już ciemno i lampy rozsiewały złote kręgi światła. Chmury rozstępowały się pod naporem wiatru i pierwsze gwiazdy zalśniły na granatowym niebie.
- Piękna pogoda – powiedziała Renesmee, wysiadając z auta.
Jasper zamknął za nią drzwi.
- Nie mogę się z tym nie zgodzić – odparł.
Aleksyn podskakiwał dla rozluźnienia na bruku.
- Co robimy? – zapytał, wkładając ręce do kieszeni płaszcza. – Od czego zaczynamy naszą petit tour-ville?
- Myślałem nad przejściem się do Mahan Parku – powiedział z namysłem. – Bo to jest naprawdę ładne miejsce, a potem nad rzekę. O tej porze muzeum indiańskich zabytków jest nieczynne, więc jeśli będziesz miała ochotę, obskoczymy najciekawsze lokale na Monroe Street.
- Świetny pomysł – podsumowała Renesmee. Aleksyn nie miał takiej zadowolonej miny. Najwyraźniej bieganie po bocznych zakątkach nie należało do jego ulubionych zajęć, jednak pod wpływem wzroku Jaspera przyjął nieco bardziej rozentuzjazmowany wyraz twarzy.
- Fantastycznie – powiedział. – Zawsze marzyłem, żeby zobaczyć ten sławny Mahuan Park.
- Mahan Park – poprawił go Jasper.
- Mahan, oczywiście.
Park okazał się być malowniczo położonym miejscem, pełnym alejek podświetlanych ażurowymi lampionami i kilkoma restauracjami rozmieszczonymi nad brzegiem jeziora. Renesmee musiała przyznać, że to miejsce miało swoją magię, inaczej niż w Waszyngtonie, gdzie bary zwykle były zatłoczone i pełne rozkrzyczanych ludzi.
- Jak tu pięknie!
Opierała się właśnie o ozdobną barierkę nad brzegiem rzeki i podziwiała grę świateł tworzoną przez konkurencję gwiazd z lampami. Strzyżone drzewka okalały chodnik i rzucały niesamowite cienie na otoczenie. Obejrzeli już rzekę i centrum miasta, a Jasper ze sporym zaangażowaniem przedstawił jej pokrótce historię miasta. Okazało się, że Allegan było miejscowością z bogatą kolonialną przeszłością, co tłumaczyło zabytkowe uliczki i staromiejski klimat.
Jasper także oparł ręce na barierce i spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Naprawdę ci się podoba?
Był tak blisko. Zaczęła żałować, że Aleksyn wybrał się z nimi. Stał teraz z tyłu i rzucał zalotne spojrzenia na grupkę chichoczących dziewcząt pod altaną jednej z restauracji.
- Bardzo mi się podoba – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Niby od niechcenia zbliżyła się do niego i przesunęła dłonie po krawędzi barierki w jego stronę. Delikatnie dotknęła jego przedramienia i spojrzała mu w oczy – bardzo.
Natychmiast zdjął ręce z ramy i się wyprostował.
- Na pewno zgłodniałaś – stwierdził. – Tu w pobliżu jest całkiem przyjemny lokal. Masz ochotę tam zajrzeć?
Skinęła potakująco głową, w duchu zagryzając wargę ze wstydu. Nagle zaczęła żałować głębokiego dekoltu i odkrytych nóg. Najwyraźniej Jasper nie był z rodzaju tych, którzy zwracali na to specjalną uwagę.
- Aleksyn – warknął Jasper, przerywając mu zaloty.
Teraz nastolatki zwróciły uwagę na niego i zaczęły chichotać ze zdwojoną siłą. Renesmee wyczuwała zainteresowanie jej towarzyszem i wszystkie brudne myśli, które krążyły w powietrzu. Miała ochotę cofnąć się i wylać zawartość kufla prosto na twarz jednej z nich.
Jasper złapał Aleksyna za rękaw i pociągnął w przeciwną stronę.
- Chodź.
Dziewczyny jęknęły z rozczarowaniem, kiedy odchodzili, a w ich głosach słychać było autentyczny zawód. Renesmee pomyślała, że jej kompani muszą się wyróżniać na tle zwyczajnych mieszkańców Allegan. Świadomość, że należy do tego grona nieco poprawiła jej zwarzony humor.
Weszli do zbudowanej w stylu kolonialnym kantyny, która nie była zbytnio oblegana przez tłum. Kiedy usiedli na miejscu Renesmee poczuła, że po raz kolejny skupiają na sobie uwagę zgromadzonych. Zauważyła, że Jasper czuje się zażenowany pod wpływem obcych spojrzeń i zrozumiała, skąd brała się jego niechęć do publicznych wyjść.
Poza tym, był spięty. Obrzuciła spojrzeniem Aleksyna i dostrzegła, że on także zmartwiał. Teraz była żywą istotą między dwoma nieruchomymi posągami. Jedyne, co w nich żyło, to źrenice, które rozszerzyły się nieco, a nozdrza wydęły, jakby zwęszyli w powietrzu coś smakowitego.
Boże, pomyślała. Przecież oni czuli coś smakowitego. Wśród tych wszystkich ludzi musieli czuć się jak głodne dzieciaki w sklepie ze słodyczami.
Sama zwykle odczuwała głód krwi, ale w tej chwili był on zagłuszony przez inne doznania. W końcu była mieszańcem.
- Proponuję skosztować bajgli z serem – przemógł się Jasper i podał jej obklejone menu.
- Właściwie, nie mam apetytu – powiedziała prędko. – Może…
- Czujesz to? – zapytał nagle w zupełnym oderwaniu od tematu i uświadomiła sobie, że nie do niej skierował pytanie.
Jak na sygnał, Aleksyn wyprostował się w miejscu i uniósł brodę.
- Nic – odpowiedział, wciąż wietrząc. Wzruszył ramionami – wydawało ci się.
Skrzywił się, przyznając mu rację. Luźno zwrócił się do Renesmee, jakby wcześniej jej nie przerwał:
- Coś mówiłaś?
- Nie mam…
W tym momencie coś delikatnego musnęło jej policzek. Potrząsnęła głową i zobaczyła jak mały czarno biały ptaszek siada na ramieniu Jaspera.
Spojrzał ze zdziwieniem na swoją rękę. Jego oczy otworzyły się szeroko, jakby coś sobie przypomniał.
- Rany!
Jego podniesiony ton spłoszył zwierzątko, które załopotało skrzydełkami i odleciało z furkotem.
- Poczekajcie chwilę – rzucił do nich i zgrabnie lawirując między stolikami, ruszył do wyjścia.
Aleksyn spojrzał na nią pytająco.
- Wychodzimy – zdecydowanie podniosła się z miejsca.
Kiedy dotarli do drzwi wyjściowych, Jasper już w nich stał z zamiarem powrotu.
- Co jest? – zapytał, siląc się na swobodny ton. Wyraz zaciętości pojawił się na jego twarzy – Niczego nie zamawiasz? - zwrócił się do Renesmee.
- Przygotuj się – mruknął do niego Aleksyn, pozornie zajęty zapinaniem płaszcza. – Panowie na czwartej są napaleni.
Podchwyciła jego spojrzenie i przy barze zobaczyła kilku mężczyzn, szepczących coś do siebie ze wzrokiem utkwionym w ich trójce. Jeden z nich spostrzegł ją i cmoknął w jej stronę mokrymi ustami. Natychmiast odwróciła wzrok.
Jak gdyby nic, wyszli z lokalu i skierowali się w stronę parkingu. Kątem oka zobaczyła, że tamta trójka podążyła za nimi.
- Nie odwracaj się – syknął Jasper. Stanowczym gestem objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Była tak zamroczona tą sytuacją, że ledwo zwracała uwagę na drogę.
Aleksyn natomiast sprawiał wrażenie rozluźnionego, nawet zadowolonego. Może wiedział o czymś, co do niej nie docierało, bo kiedy w ciemnej uliczce pojawiły się trzy nowe postacie, nie wykazał odrobiny zdziwienia.
- Tu was mamy – odezwał się jeden z nich, stojąc kilka stóp od ich samochodu.
Ręka, która obejmowała ją w pasie, wyraźnie zesztywniała.
- Dobrze wam radzę – na przekór sytuacji, ton Jaspera był podejrzanie spokojny. – Wynoście się.
Towarzysze tamtego zarechotali.
- Słyszysz, Simon? Ten paniczyk nam grozi!
Znowu urągliwy rechot.
W całym natłoku nie zauważyła, kiedy Aleksyn się ulotnił. Wyrósł nagle za plecami największego z napastników.
- Jak myślisz, Jazz – powiedział wolnym, aksamitnym głosem – czy możemy pozwolić sobie na chwilę wytchnienia?
Dryblas odwrócił się gwałtownie, z uniesioną ręką gotową do ciosu, ale tamten siedział już na dwumetrowym kontenerze na śmieci, machając beztrosko nogami. Przez jedną, krótką chwilę Renesmee wydawało się, że zapalił papierosa, bo przy jego twarzy pojawił się czerwony ognik. Potem uświadomiła sobie, że to błysk jego oka i poczuła strach.
- Co jest? – zapytał niższy z facetów. Miał bródkę w stylu informatycznego inteligencika i koszulę w kratę. Nie zauważył błyskawicznego przemieszczenia się Aleksyna i teraz był zdezorientowany.
- Nie, Aleks – odpowiedział Jasper, zwracając na siebie uwagę trzeciego z nich. – Puśćmy ich wolno.
- Wolno? Nas? – ostatni z nich miał tatuaż w kształcie łezki na policzku, tyle zdążyła dostrzec. – Będziecie mogli uznać za szczęście, jeśli my puścimy was!
- Tylko trochę – Aleksyn zignorował wrzaski tamtych, zwracając się do swojego towarzysza. – Chociaż jednego.
- Złaź stamtąd, gówniarzu! – największy kopnął z wściekłością w blaszany pojemnik, podczas gdy informatyk zbliżył się do Renesmee – Zejdź tu i pokaż, co potrafisz!
- Posłuchaj, pięknisiu – zza pleców Jaspera widziała jego zaczerwienioną twarz i przepite oczy, kiedy mówił do niego – nie warto z nimi zadzierać – wskazał palcem na dwójkę mężczyzn usiłujących rozbujać kontener i klnących głośno – zostaw dziewczynę i idź w swoją stronę, ja…
W tej chwili zniknął z jej pola widzenia i zobaczyła go dopiero na ścianie przeciwległego budynku, kiedy mężczyzna wbił się w nią z głośnym trzaskiem łamanych kości.
Reszta znieruchomiała. Ich oczy powędrowały w kierunku źródła hałasu, a potem zatrzymały się na Jasperze. Właśnie się prostował.
- Nie – powiedział do kogoś, kto stał za ich plecami.
Potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Renesmee zobaczyła Aleksyna, który schylał się do pocałunku nad największym z oprawców i Jaspera, jak biegnie w jego stronę i odciąga go od wrzeszczącego w niebogłosy dryblasa. Następnie nieruchome ciało Aleksyna znalazło się w rękach Jaspera i ten krzyknął:
- Biegnij do samochodu. Już!
Mały przedmiot poleciał w jej stronę i odruchowo złapała go w powietrzu, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Spojrzała na swoją dłoń i zobaczyła w niej kluczyki do auta. Otworzyła drzwi w samą porę, żeby Jasper mógł wrzucić Aleksyna na tylną kanapę.
- Wsiadaj!
Nie zdążyła domknąć drzwi przy swoim siedzeniu, kiedy wskoczył na miejsce kierowcy i odpalił. Ruszyli z piskiem opon, z poślizgiem wpadając na główną ulicę. W czasie tej jazdy bez powodzenia usiłowała zapiąć pasy – ręce za mocno jej drżały, żeby mogła zapanować nad skoordynowanymi ruchami. Dostrzegając jej wysiłki, Jasper przechylił się nad deską rozdzielczą i wcisnął zapięcie jej pasów. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, chwyciła go mocno za dłoń. Uścisnął ją i delikatnie wyjął, żeby zmienić bieg.
Postać za nimi poruszyła się niemrawo i ich uszu dobiegł cichy jęk.
- Niepotrzebnie mi to zrobiłeś – poskarżył się Aleksyn. – Zapanowałbym nad tym.
Renesmee przypomniała sobie szkarłatny błysk w jego oku i przemknęło jej przez głowę, że to wcale nie było takie pewne.
- Tak mało brakowało! – Jasper uderzył otwartą dłonią w kierownicę i Renesmee podskoczyła na swoim miejscu. Był wściekły – zdajesz sobie sprawę, do czego omal nie doszło?
- Wyluzuj – odparł Aleksyn.
- Naraziliśmy Renesmee na niebezpieczeństwo, tych ludzi – widziała, jak próbuje uspokoić emocje – omal nie zagryźliśmy w centrum miasta. Wiesz, co to znaczy?
Teraz Aleksyn spuścił nieco z buńczucznego tonu.
- Szlaban na wychodzenie i polowania – powiedział cicho.
Przyspieszyli, teraz licznik zbliżył się niebezpiecznie do granicy stu dziewięćdziesięciu mil.
– Nikt nie może o tym wiedzieć – odezwał się Jasper po krótkiej chwili namysłu. – Ten gość ze ściany pozbiera się, tamci nie pisną ani słowa, zbyt zalani, żeby cokolwiek pamiętać – zwrócił się do niej, czekając na jej zdanie. – Jesteś w stanie z tym wytrzymać?
Spojrzał na nią bursztynowymi oczami i zrozumiała, że zatajenie wydarzeń ostatnich chwil było najbłahszą rzeczą, o jaką mógłby ją prosić.
- Już kończę, przestań mnie popędzać!
Rosalie ostatni raz poprawiła jej włosy i wypchnęła za drzwi pokoju.
- Jesteś pewna, że ta sukienka nie jest zbyt wyzywająca? – zapytała jeszcze przed schodami.
- Nie ma mowy! – pogoniła ją Rose, zerkając w stronę holu. Jasper już tam czekał, znając życie, pewnie zaczynał się niecierpliwić – jest idealnie!
W istocie, jej młodsza kuzynka prezentowała się pięknie. Miała na sobie młodzieżową wariacje na temat małej czarnej i wysokie buty od Christiana Louboutina. To w połączeniu z jej jasną cerą i burzą kasztanowych loków robiło piorunujące wrażenie. Jasper musiałby być ślepy, żeby nie dostrzec jej uroku.
Renesmee szybko znalazła w Rose bratnią duszę – mimo, że nie były spokrewnione, bardzo dobrze się ze sobą dogadywały, możliwe, że ze względu na podobieństwo charakterów. Ta druga dość szybko zorientowała się w fascynacji Nessie jej przybranym bratem i niewiele czasu miało upłynąć, zanim nie zobaczyła w jej obrazie Jaspera. Renesmee była mile zaskoczona świadomością, że starsza siostra nie potępia jej zainteresowania i tym większa była jej wdzięczność za okazaną pomoc.
Jasper już czekał na dole. Miał na sobie białą koszulkę pod swetrem w serek i widok jego szyi nad skrawkiem kołnierzyka sprawił, że omal nie potknęła się w trakcie schodzenia ze schodów. Cudem utrzymała równowagę. Potem jej wzrok zszedł niżej, aż do szlufek paska i spostrzegła, całkiem przypadkowo, że materiał pod guzikiem jasnych spodni jest taki… napięty. Zapomniała o tym, że stoi na schodach i kolejny krok postawiła w powietrzu.
- Ostrożnie – uprzedził Aleksyn, który właśnie wszedł do salonu, z kubkiem ciepłej krwi w ręku.
Rosalie złapała ją za rękę i pomogła utrzymać równowagę. Zaczęła się zastanawiać, czy siedmiocentymetrowe obcasy nie były błędem.
W tej chwili Jasper spojrzał na nią i jego brwi uniosły się, jakby w lekkim zdumieniu. Nessie pozostało mieć nadzieję, że jego reakcja była wywołana miłym zaskoczeniem, nie odwrotnie.
- I jak? – zapytała Rose, uniesionymi rękami prezentując przyjaciółkę, niczym modelkę na wybiegu.
Renesmee zarumieniła się po cebulki włosów, kiedy w hollu zapadła głucha cisza.
- Ślicznie – skwitował Aleksyn, przełknąwszy potężny łyk napoju. Rzucił się na kanapę i z rozmachem kazał włączyć się telewizorowi – schrupałbym cię, gdybyś nie była jednym z nas.
Rosalie uśmiechnęła się z zadowoleniem. Spojrzała wyczekująco na brata.
- Bardzo… dojrzale – powiedział w końcu. – To jak, zbieramy się?
Rosalie pacnęła się otwartą dłonią w czoło, jakby sobie coś przypomniała.
- Jazz, nie powiedziałam ci wcześniej – jej usprawiedliwiający ton nie wróżył niczego dobrego. I słusznie, bo kolejne zdanie miało zmienić ich plany – Emmet zostawił mi wiadomość, że mam dołączyć do nich na północy. Nie mogę z wami jechać.
Jasperowi opadły ręce.
- To co robimy? – zapytał.
- Pojedziecie we dwójkę – odparła niedbałym tonem. – Znasz nieco miasto, na pewno dobrze zorganizujesz ten czas.
Renesmee uśmiechnęła się do niego nieśmiało.
- Rose, zdajesz sobie sprawę, że w moim wypadku samotna wyprawa nie jest najlepszym pomysłem – jej uśmiech zgasł. – Poproszę Carlisle, powinien zgodzić się na małą wycieczkę.
- Ma nocny dyżur – uprzedziła go. – A Esme mu towarzyszy – dodała od razu.
- W takim razie…
Jego wzrok prześlizgnął się po salonie i zatrzymał na Aleksynie, w tej chwili przełączającego bezmyślnie programy bez użycia pilota.
- Nie – powiedziała Rosalie.
- Też mi się to nie podoba – skrzywił się Jasper. – Ale muszę mieć przy sobie kogoś silnego. Aleksyn!
Ten leniwie oderwał wzrok od ekranu telewizora. Renesmee przeczuwała, że miedzy tymi dwoma jest jakiś konflikt – unikali własnego towarzystwa i zachowywali w stosunku do siebie znaczący dystans.
- Co jest, Hale?
- Zbieraj się, właśnie załapałeś się na darmową wycieczkę do miasta.
Aleksyn obrzucił przeciągłym spojrzeniem postać Renesmee i uśmiechnął się z zadowoleniem, prezentując szkarłatne od świeżo wypitej krwi zęby.
- Wedle rozkazu, szanowny.
- Na litość boską – Jasper przewrócił oczami – przepłucz chociaż usta.
Odwrócił się w kierunku Renesmee i zmęczony wyraz twarzy zastąpił uśmiech.
Specjalnie dla niej.
- Jesteś gotowa poznać najnudniejsze miasto w stanie Michigan?
Odpowiedziała z namaszczeniem, jakby chodziło o małżeńską deklarację:
- Tak.
Co jej schlebiło, w samochodzie Jasper zignorował życzenie Aleksyna, żeby usiadła z nim na tyle i usadowił ją obok siebie na przednim siedzeniu. Podejrzewała raczej, że jego troska bierze się z niechęci do kuzyna niż romantycznych pobudek, ale i tak czuła się usatysfakcjonowana mając możliwość zerkania na jego profil.
- Co dotąd myślisz o Allegan? – zapytał ją, odrywając wzrok od ulicy i zwracając się w jej stronę przy prędkości blisko stu trzydziestu mil na godzinę.
- To bardzo… miłe miasto – wykrztusiła widząc, jak nie patrząc na ulicę gładko wchodzi w ostry zakręt. – Niewielkie, ale urocze.
Roześmiał się, jakby usłyszał dobry żart.
- Dobrze wiedzieć, że ktoś ma o nim tak pochlebne zdanie – odparł. – Osobiście uważam, że wystarczyłoby słowo „nudne”.
- „Nudne” to mało powiedziane – dorzucił z tyłu Aleksyn. Żuł właśnie miętową gumę i z każdym poruszeniem jego szczęk zapach mięty obiegał na nowo wnętrze samochodu.
- Przesadzacie – zaoponowała Renesmee. – Na pewno jest coś, co wyróżnia tą miejscowość od innych.
- Racja – zgodził się Jasper. – My.
Zaśmiał się po tych słowach, a Aleksyn mu zawtórował, wkrótce zataczając się z uciechy na kanapie.
- „My”! My jesteśmy atrakcją! To jest dopiero racja!
Renesmee odetchnęła z ulgą. Zdawało się, że jej sąsiadowi poprawił się nieco nastrój.
Kiedy wyjeżdżali z domu, na dworze panowała szarówka. Kiedy dojechali na miejsce, było już ciemno i lampy rozsiewały złote kręgi światła. Chmury rozstępowały się pod naporem wiatru i pierwsze gwiazdy zalśniły na granatowym niebie.
- Piękna pogoda – powiedziała Renesmee, wysiadając z auta.
Jasper zamknął za nią drzwi.
- Nie mogę się z tym nie zgodzić – odparł.
Aleksyn podskakiwał dla rozluźnienia na bruku.
- Co robimy? – zapytał, wkładając ręce do kieszeni płaszcza. – Od czego zaczynamy naszą petit tour-ville?
- Myślałem nad przejściem się do Mahan Parku – powiedział z namysłem. – Bo to jest naprawdę ładne miejsce, a potem nad rzekę. O tej porze muzeum indiańskich zabytków jest nieczynne, więc jeśli będziesz miała ochotę, obskoczymy najciekawsze lokale na Monroe Street.
- Świetny pomysł – podsumowała Renesmee. Aleksyn nie miał takiej zadowolonej miny. Najwyraźniej bieganie po bocznych zakątkach nie należało do jego ulubionych zajęć, jednak pod wpływem wzroku Jaspera przyjął nieco bardziej rozentuzjazmowany wyraz twarzy.
- Fantastycznie – powiedział. – Zawsze marzyłem, żeby zobaczyć ten sławny Mahuan Park.
- Mahan Park – poprawił go Jasper.
- Mahan, oczywiście.
Park okazał się być malowniczo położonym miejscem, pełnym alejek podświetlanych ażurowymi lampionami i kilkoma restauracjami rozmieszczonymi nad brzegiem jeziora. Renesmee musiała przyznać, że to miejsce miało swoją magię, inaczej niż w Waszyngtonie, gdzie bary zwykle były zatłoczone i pełne rozkrzyczanych ludzi.
- Jak tu pięknie!
Opierała się właśnie o ozdobną barierkę nad brzegiem rzeki i podziwiała grę świateł tworzoną przez konkurencję gwiazd z lampami. Strzyżone drzewka okalały chodnik i rzucały niesamowite cienie na otoczenie. Obejrzeli już rzekę i centrum miasta, a Jasper ze sporym zaangażowaniem przedstawił jej pokrótce historię miasta. Okazało się, że Allegan było miejscowością z bogatą kolonialną przeszłością, co tłumaczyło zabytkowe uliczki i staromiejski klimat.
Jasper także oparł ręce na barierce i spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Naprawdę ci się podoba?
Był tak blisko. Zaczęła żałować, że Aleksyn wybrał się z nimi. Stał teraz z tyłu i rzucał zalotne spojrzenia na grupkę chichoczących dziewcząt pod altaną jednej z restauracji.
- Bardzo mi się podoba – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Niby od niechcenia zbliżyła się do niego i przesunęła dłonie po krawędzi barierki w jego stronę. Delikatnie dotknęła jego przedramienia i spojrzała mu w oczy – bardzo.
Natychmiast zdjął ręce z ramy i się wyprostował.
- Na pewno zgłodniałaś – stwierdził. – Tu w pobliżu jest całkiem przyjemny lokal. Masz ochotę tam zajrzeć?
Skinęła potakująco głową, w duchu zagryzając wargę ze wstydu. Nagle zaczęła żałować głębokiego dekoltu i odkrytych nóg. Najwyraźniej Jasper nie był z rodzaju tych, którzy zwracali na to specjalną uwagę.
- Aleksyn – warknął Jasper, przerywając mu zaloty.
Teraz nastolatki zwróciły uwagę na niego i zaczęły chichotać ze zdwojoną siłą. Renesmee wyczuwała zainteresowanie jej towarzyszem i wszystkie brudne myśli, które krążyły w powietrzu. Miała ochotę cofnąć się i wylać zawartość kufla prosto na twarz jednej z nich.
Jasper złapał Aleksyna za rękaw i pociągnął w przeciwną stronę.
- Chodź.
Dziewczyny jęknęły z rozczarowaniem, kiedy odchodzili, a w ich głosach słychać było autentyczny zawód. Renesmee pomyślała, że jej kompani muszą się wyróżniać na tle zwyczajnych mieszkańców Allegan. Świadomość, że należy do tego grona nieco poprawiła jej zwarzony humor.
Weszli do zbudowanej w stylu kolonialnym kantyny, która nie była zbytnio oblegana przez tłum. Kiedy usiedli na miejscu Renesmee poczuła, że po raz kolejny skupiają na sobie uwagę zgromadzonych. Zauważyła, że Jasper czuje się zażenowany pod wpływem obcych spojrzeń i zrozumiała, skąd brała się jego niechęć do publicznych wyjść.
Poza tym, był spięty. Obrzuciła spojrzeniem Aleksyna i dostrzegła, że on także zmartwiał. Teraz była żywą istotą między dwoma nieruchomymi posągami. Jedyne, co w nich żyło, to źrenice, które rozszerzyły się nieco, a nozdrza wydęły, jakby zwęszyli w powietrzu coś smakowitego.
Boże, pomyślała. Przecież oni czuli coś smakowitego. Wśród tych wszystkich ludzi musieli czuć się jak głodne dzieciaki w sklepie ze słodyczami.
Sama zwykle odczuwała głód krwi, ale w tej chwili był on zagłuszony przez inne doznania. W końcu była mieszańcem.
- Proponuję skosztować bajgli z serem – przemógł się Jasper i podał jej obklejone menu.
- Właściwie, nie mam apetytu – powiedziała prędko. – Może…
- Czujesz to? – zapytał nagle w zupełnym oderwaniu od tematu i uświadomiła sobie, że nie do niej skierował pytanie.
Jak na sygnał, Aleksyn wyprostował się w miejscu i uniósł brodę.
- Nic – odpowiedział, wciąż wietrząc. Wzruszył ramionami – wydawało ci się.
Skrzywił się, przyznając mu rację. Luźno zwrócił się do Renesmee, jakby wcześniej jej nie przerwał:
- Coś mówiłaś?
- Nie mam…
W tym momencie coś delikatnego musnęło jej policzek. Potrząsnęła głową i zobaczyła jak mały czarno biały ptaszek siada na ramieniu Jaspera.
Spojrzał ze zdziwieniem na swoją rękę. Jego oczy otworzyły się szeroko, jakby coś sobie przypomniał.
- Rany!
Jego podniesiony ton spłoszył zwierzątko, które załopotało skrzydełkami i odleciało z furkotem.
- Poczekajcie chwilę – rzucił do nich i zgrabnie lawirując między stolikami, ruszył do wyjścia.
Aleksyn spojrzał na nią pytająco.
- Wychodzimy – zdecydowanie podniosła się z miejsca.
Kiedy dotarli do drzwi wyjściowych, Jasper już w nich stał z zamiarem powrotu.
- Co jest? – zapytał, siląc się na swobodny ton. Wyraz zaciętości pojawił się na jego twarzy – Niczego nie zamawiasz? - zwrócił się do Renesmee.
- Przygotuj się – mruknął do niego Aleksyn, pozornie zajęty zapinaniem płaszcza. – Panowie na czwartej są napaleni.
Podchwyciła jego spojrzenie i przy barze zobaczyła kilku mężczyzn, szepczących coś do siebie ze wzrokiem utkwionym w ich trójce. Jeden z nich spostrzegł ją i cmoknął w jej stronę mokrymi ustami. Natychmiast odwróciła wzrok.
Jak gdyby nic, wyszli z lokalu i skierowali się w stronę parkingu. Kątem oka zobaczyła, że tamta trójka podążyła za nimi.
- Nie odwracaj się – syknął Jasper. Stanowczym gestem objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Była tak zamroczona tą sytuacją, że ledwo zwracała uwagę na drogę.
Aleksyn natomiast sprawiał wrażenie rozluźnionego, nawet zadowolonego. Może wiedział o czymś, co do niej nie docierało, bo kiedy w ciemnej uliczce pojawiły się trzy nowe postacie, nie wykazał odrobiny zdziwienia.
- Tu was mamy – odezwał się jeden z nich, stojąc kilka stóp od ich samochodu.
Ręka, która obejmowała ją w pasie, wyraźnie zesztywniała.
- Dobrze wam radzę – na przekór sytuacji, ton Jaspera był podejrzanie spokojny. – Wynoście się.
Towarzysze tamtego zarechotali.
- Słyszysz, Simon? Ten paniczyk nam grozi!
Znowu urągliwy rechot.
W całym natłoku nie zauważyła, kiedy Aleksyn się ulotnił. Wyrósł nagle za plecami największego z napastników.
- Jak myślisz, Jazz – powiedział wolnym, aksamitnym głosem – czy możemy pozwolić sobie na chwilę wytchnienia?
Dryblas odwrócił się gwałtownie, z uniesioną ręką gotową do ciosu, ale tamten siedział już na dwumetrowym kontenerze na śmieci, machając beztrosko nogami. Przez jedną, krótką chwilę Renesmee wydawało się, że zapalił papierosa, bo przy jego twarzy pojawił się czerwony ognik. Potem uświadomiła sobie, że to błysk jego oka i poczuła strach.
- Co jest? – zapytał niższy z facetów. Miał bródkę w stylu informatycznego inteligencika i koszulę w kratę. Nie zauważył błyskawicznego przemieszczenia się Aleksyna i teraz był zdezorientowany.
- Nie, Aleks – odpowiedział Jasper, zwracając na siebie uwagę trzeciego z nich. – Puśćmy ich wolno.
- Wolno? Nas? – ostatni z nich miał tatuaż w kształcie łezki na policzku, tyle zdążyła dostrzec. – Będziecie mogli uznać za szczęście, jeśli my puścimy was!
- Tylko trochę – Aleksyn zignorował wrzaski tamtych, zwracając się do swojego towarzysza. – Chociaż jednego.
- Złaź stamtąd, gówniarzu! – największy kopnął z wściekłością w blaszany pojemnik, podczas gdy informatyk zbliżył się do Renesmee – Zejdź tu i pokaż, co potrafisz!
- Posłuchaj, pięknisiu – zza pleców Jaspera widziała jego zaczerwienioną twarz i przepite oczy, kiedy mówił do niego – nie warto z nimi zadzierać – wskazał palcem na dwójkę mężczyzn usiłujących rozbujać kontener i klnących głośno – zostaw dziewczynę i idź w swoją stronę, ja…
W tej chwili zniknął z jej pola widzenia i zobaczyła go dopiero na ścianie przeciwległego budynku, kiedy mężczyzna wbił się w nią z głośnym trzaskiem łamanych kości.
Reszta znieruchomiała. Ich oczy powędrowały w kierunku źródła hałasu, a potem zatrzymały się na Jasperze. Właśnie się prostował.
- Nie – powiedział do kogoś, kto stał za ich plecami.
Potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Renesmee zobaczyła Aleksyna, który schylał się do pocałunku nad największym z oprawców i Jaspera, jak biegnie w jego stronę i odciąga go od wrzeszczącego w niebogłosy dryblasa. Następnie nieruchome ciało Aleksyna znalazło się w rękach Jaspera i ten krzyknął:
- Biegnij do samochodu. Już!
Mały przedmiot poleciał w jej stronę i odruchowo złapała go w powietrzu, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Spojrzała na swoją dłoń i zobaczyła w niej kluczyki do auta. Otworzyła drzwi w samą porę, żeby Jasper mógł wrzucić Aleksyna na tylną kanapę.
- Wsiadaj!
Nie zdążyła domknąć drzwi przy swoim siedzeniu, kiedy wskoczył na miejsce kierowcy i odpalił. Ruszyli z piskiem opon, z poślizgiem wpadając na główną ulicę. W czasie tej jazdy bez powodzenia usiłowała zapiąć pasy – ręce za mocno jej drżały, żeby mogła zapanować nad skoordynowanymi ruchami. Dostrzegając jej wysiłki, Jasper przechylił się nad deską rozdzielczą i wcisnął zapięcie jej pasów. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, chwyciła go mocno za dłoń. Uścisnął ją i delikatnie wyjął, żeby zmienić bieg.
Postać za nimi poruszyła się niemrawo i ich uszu dobiegł cichy jęk.
- Niepotrzebnie mi to zrobiłeś – poskarżył się Aleksyn. – Zapanowałbym nad tym.
Renesmee przypomniała sobie szkarłatny błysk w jego oku i przemknęło jej przez głowę, że to wcale nie było takie pewne.
- Tak mało brakowało! – Jasper uderzył otwartą dłonią w kierownicę i Renesmee podskoczyła na swoim miejscu. Był wściekły – zdajesz sobie sprawę, do czego omal nie doszło?
- Wyluzuj – odparł Aleksyn.
- Naraziliśmy Renesmee na niebezpieczeństwo, tych ludzi – widziała, jak próbuje uspokoić emocje – omal nie zagryźliśmy w centrum miasta. Wiesz, co to znaczy?
Teraz Aleksyn spuścił nieco z buńczucznego tonu.
- Szlaban na wychodzenie i polowania – powiedział cicho.
Przyspieszyli, teraz licznik zbliżył się niebezpiecznie do granicy stu dziewięćdziesięciu mil.
– Nikt nie może o tym wiedzieć – odezwał się Jasper po krótkiej chwili namysłu. – Ten gość ze ściany pozbiera się, tamci nie pisną ani słowa, zbyt zalani, żeby cokolwiek pamiętać – zwrócił się do niej, czekając na jej zdanie. – Jesteś w stanie z tym wytrzymać?
Spojrzał na nią bursztynowymi oczami i zrozumiała, że zatajenie wydarzeń ostatnich chwil było najbłahszą rzeczą, o jaką mógłby ją prosić.
30.08.2010 o godz. 22:47
komentuj (1)





