Wyniki wyszukiwania: kobiety
Ja i one
Nie czuję się kobietą i nie mam nic wspólnego z kobiecością. Jeszcze kilka lat temu to stwierdzenie brzmiało niewinnie i niegroźnie, bo przecież byłam dziewczyną, a nie reprezentantką kobiet. Ale teraz mam 21 lat i czuję, że moje dojrzewanie albo już się zakończyło, albo właśnie dobiega końca. Skoro do tej pory nie objawiła się u mnie tzw. kobiecość, to niewątpliwie coś jest ze mną nie tak. Nie posiadam kobiecych zainteresowań, odrzuca mnie od babskich spraw, nie rozumiem przedstawicielek płci żeńskiej i nie podzielam ich punktu widzenia. Częściej zgadzam się z opiniami, poglądami i teoriami wygłaszanymi przez facetów niż przez niewiasty.
W sukience i w kolorowym makijażu czuję się bardziej przebrana niż ubrana. Nigdy nie wychodzę z domu umalowana i odziana w ewidentnie kobiece ciuchy, bo boję się, że gdybym tak zrobiła, to wszyscy przechodnie gapiliby się na mnie jak na pstrokatego cudaka. Poza tym, w takim “kostiumie” czułabym się dziwnie, nienaturalnie i nieswojo. Nigdy nie interesowałam się modą, urodą, fabułą miłosną itp. Gdy przeglądam kobiece czasopisma i portale internetowe, wytrzeszczam oczy ze zdumienia, a potem myślę z niesmakiem: “Jak baby mogą się zajmować takimi pierdołami, kiedy Ojczyzna znajduje się w potrzebie i należy zabiegać o jej ocalenie?! Wszyscy, bez wyjątku, muszą służyć Polsce! Nie ma, że boli!”.
O osobach płci żeńskiej zawsze myślę “one” - nigdy “my”. Mam antyfeministyczne, patriarchalistyczne i maskulistyczne poglądy, a gdy dochodzi do różnorakich sporów między kobietami i mężczyznami, opowiadam się po stronie tych drugich. Najczęściej chodzę w prostych bluzkach, koszulach, swetrach, golfach, spodniach lub długich, lekkich, zwiewnych spódnicach (te ostatnie są bardzo wygodne i nie krępują nóg - zupełnie jak spodnie). Nigdy w życiu nie sięgnęłabym po buty na obcasach. Nie dałabym się również namówić na odzież podkreślającą kobiecość. Stanik powiększający biust, gorset, krótka spódniczka, top, przezroczysta bluzeczka - oto ubrania, których nie założyłabym nawet dla pieniędzy.
“Chyba miałaś być chłopakiem”
Pamiętam, że jako małe dziecko miewałam specyficzne fanaberie: przykładowo, uważałam się za chłopaka i nie chciałam uznać swojej dziewczęcej tożsamości. W przedszkolu wolałam robić to, co chłopcy (któregoś dnia przedszkolanka kazała dziewczynkom przygotować pracę plastyczną z wykorzystaniem kaszy manny, a chłopakom - z wykorzystaniem drewnianych wiór pochodzących z zastruganych kredek. Ja, oczywiście, buntowałam się przeciwko kaszy i wolałam wióry). Później, w młodszych klasach podstawówki, tragedią było dla mnie zakładanie spódniczki na uroczystości szkolne.
Jeśli chodzi o zabawki, to zawsze lubiłam prowizoryczne miecze, pistolety i “różdżki” o zastosowaniu bojowym. Moją najcenniejszą “bronią” była proca, wykonana przez dziadka specjalnie dla mnie. Nigdy nie stroniłam od przeskakiwania przez płoty. Co do kreskówek i seriali, najchętniej oglądałam te, które były wypełnione sensacją, agresją i dynamiką. W wieku dziewięciu lat założyłam klub “Ochotnicze Superbohaterki”, który promował takie wartości, jak honor, sprawiedliwość, odwaga, waleczność, wytrwałość czy wierność chrześcijaństwu. Hasła tej podwórkowej organizacji brzmiały: “Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi” i “Nigdy się nie poddamy”.
Gdy bawiłam się ze swoim kuzynostwem, moja babcia śmiała się ze mnie: “Natalka, ty chyba miałaś być chłopakiem!” (co to były za zabawy? Chyba jakieś pościgi i strzelaniny). Jakby tego było mało, uwielbiałam komputerowe gry-bijatyki, a w szkole często wdawałam się w bójki, przepychanki oraz szarpaniny. Jako osoba dwunasto- lub trzynastoletnia zdradziłam komuś na czacie, że źle się czuję w żeńskim ciele i że najchętniej zmieniłabym płeć. Gazetowe testy na płeć mózgu, które rozwiązywałam w starszych klasach SP i w gimnazjum, jednoznacznie wskazywały na chłopięcą umysłowość/psychikę. Obecnie miewam podobne wyniki, aczkolwiek z anglojęzycznego testu SAGE wyszła mi androgynia oraz skłonności do crossdresingu K/M.
Gimnazjalne koleżanki zarzucały mi, że chodzę i siedzę jak chłopak, mam szerokie ramiona, nie posiadam kobiecych kształtów i w ogóle jestem babochłopem. Nie rozumiałam, jak moje znajome mogą lubić się stroić, skąpo ubierać, chodzić na randki etc. Co się tyczy konfliktów, częściej zdarzały mi się kłótnie i nieporozumienia z dziewczętami niż z chłopakami. Jedyna kumpelka, jaką posiadałam, była totalną chłopczycą (pod względem wyglądu, zachowania i stylu życia). W wieku 14 lat pisałam opowiadania o wojnie w Iraku, aczkolwiek były to utwory o charakterze antywojennym.
To aseksualizm! Koniec, kropka!
Kiedy miałam 15-16 lat, ostatecznie wybrnęłam z kłopotu, stwierdzając rzecz następującą: “Nie czuję się dziewczyną, ale też nie jestem chłopakiem. Nie odczuwam potrzeby, żeby utworzyć z kimkolwiek związek. Nie lubię fizycznej czułości, gardzę nagością, seksem i erotyką. Wniosek? Jestem bezpłciowa. Jestem aseksualna. Jestem poza (lub ponad) tym wszystkim. Problem przezwyciężony, temat zamknięty”. Było to rozwiązanie proste, błyskotliwe, wiarygodne i łatwe do przełknięcia - zarówno dla mnie, jak i dla reszty społeczeństwa. A trzeba podkreślić, że w tamtych czasach (i jeszcze do niedawna) byłam bardzo konserwatywna, więc autodiagnozy typu “jestem transseksualistką” wydawały mi się niemożliwe do zaakceptowania.
Kiedy byłam dzieckiem, dostrzegałam sporo cech łączących mnie z innymi przedstawicielkami płci słabej. Teraz, gdy jestem dorosłą panią, nie widzę żadnego podobieństwa między mną a innymi kobietami. Z logicznego punktu widzenia, wraz z upływem czasu powinnam stawać się coraz bardziej kobieca. Jest jednak odwrotnie. Im więcej mam lat, tym większa przepaść oddziela mnie od pozostałych osób płci żeńskiej. Boyd Rice napisał kiedyś: “Nie jestem tolerancyjną osobą. Faktycznie z każdym dniem staję się coraz bardziej nietolerancyjny. (…) Tak jak moja tolerancja się zmniejsza, tak ich liczba wydaje się zwiększać”. Ja zaś mogę napisać: “Nie jestem kobiecą kobietą. Faktycznie z każdym rokiem staję się coraz mniej kobieca. (…) Tak jak ich kobiecość się rozwija, tak moja wydaje się zwijać”.
W Internecie otrzymuję czasem komentarze, z których wynika, że mogę być mężczyzną podszywającym się pod kobietę. Kilka razy trafiły się wypowiedzi, których autorzy dowodzili, że cierpię z powodu nieuświadomionego (podświadomego?) transseksualizmu. Naturalnie, tego typu sugestie bardzo mnie kiedyś bulwersowały. Myślałam wówczas: “Jak ja, skrajnie prawicowa konserwatystka, mogę być transpłciowa?! Nie jestem żadnym transem. Po prostu należę do osób aseksualnych. Każdy głupi wie, że aseksualny znaczy bezpłciowy”. Z drugiej strony, zdarzało mi się czytać artykuły na temat rozbieżności między płcią biologiczną a psychiczną. Lekturze takich tekstów zawsze towarzyszyły refleksje typu: “A może…?”. Mało tego. Bywało, że w chwilach słabości przychodziła mi do głowy myśl: “Kurczę, ja chyba rzeczywiście jestem transseksualna!”. Nietrudno odgadnąć, że natychmiast usuwałam takie hipotezy ze swojego umysłu.
Marzenie o burce
Większość moich znajomych to mężczyźni, bo tylko z nimi jestem w stanie się porozumieć. Nie przypominam sobie żadnej fascynującej znajomości ani pasjonującej dyskusji z dziewczyną/kobietą. Przez 3,5 roku obracałam się w środowisku narodowych radykałów, w którym przeważają reprezentanci płci silnej. Świetnie się z nimi dogadywałam, gdyż łączyła nas wspólnota poglądów i upodobań. Rozmówczynie irytują mnie o wiele szybciej niż rozmówcy. Jedyne kobiety, z którymi dobrze mi się gawędzi, to te, które mają męskie zainteresowania i sporo męskich cech. Najwspanialszy komplement, jaki kiedykolwiek otrzymałam? Trudno mi wskazać jeden, najlepszy. Wiem tylko tyle, że cieszą mnie wszelkie porównania do faceta. Zwłaszcza te, których autorami są osoby płci męskiej.
Jeśli chodzi o obelgi, to najbardziej oburza mnie fraza “jesteś kobieca/dziewczęca”. Oczywiście, bardzo rzadko otrzymuję takie komunikaty, ale nie mogę powiedzieć, że się one nie zdarzają. Gdy dociera do mnie opinia, że jestem kobieca/dziewczęca, zastanawiam się: “Jaki popełniłam błąd? Czy naprawdę nie widać, że nie chcę, aby patrzono na mnie jak na kobietę/dziewczynę? Że nie chcę być traktowana jak przedstawicielka tej płci? Noszenie luźnych (lub grubych) ubrań, neutralne zachowanie, prosta fryzura i brak makijażu nie wystarczają? Może już czas założyć burkę, czyli muzułmański strój, zaprojektowany w celu ukrycia kobiecości?”. Mam bardzo małe piersi, lecz dla mnie i tak są one zbyt duże (wolałabym być płaska jak deska). Posiadam również wąskie biodra oraz niezbyt kobiecy charakter pisma.
Kiedy ktoś mnie podrywa, przeżywam dyskomfort i upokorzenie, zatem unikam miejsc, w których mogłoby mnie to spotkać. Nie chodzę na dyskoteki ani na plażę, bo tam zwracano by uwagę na moją cielesność (fizyczną kobiecość). Mentalność mam dosyć męską, albowiem już w gimnazjum, kiedy rozmawiałam z mamą o przypadku zgwałcenia prostytutki, rodzicielka powiedziała do mnie: “Natalka, ty czasem mówisz jak chłop!”. Niedawno dowiedziałam się, że posiadam męską manierę związaną z witaniem krewnych: zwrot powitalny, wyciągnięcie ręki i nic więcej. Całowanie i przytulanie to dla mnie koszmar. Dysponuję wysokim i delikatnym głosem, jednak mój sposób mówienia i ton wypowiedzi zupełnie do niego nie pasują.
Solidarna z mężczyznami
Nienawidzę babskich stacji telewizyjnych, reklam adresowanych do kobiet oraz utworów literackich klasyfikowanych jako kobiece. Nie jestem opiekuńcza, wylewna, łagodna, empatyczna, dyplomatyczna ani pacyfistyczna. Zawsze miałam pogardliwy stosunek do własnego ciała, a zwłaszcza do tego, co wiąże się z płcią biologiczną. Nigdy nie rozumiałam kobiet, które lamentowały z powodu sterylizacji lub utraty płodności. Kiedy słuchałam (w telewizji) zwierzeń takich pań, myślałam z wyższością: “Ja bym się tym nie przejęła. W ogóle bym tego nie odczuła. Po co mi sprawny układ rozrodczy, skoro i tak nie będę z niego korzystać? Szczerze mówiąc, ucieszyłabym się, gdybym przeżyła coś takiego, jak te kobiety. Gdybym padła ofiarą napaści seksualnej, nie zaszłabym w ciążę i miałabym święty spokój”.
Lubię - oczywiście, w granicach rozsądku - antyfeministyczne dowcipy i demotywatory. Wyzwalają one we mnie reakcje typu: “Tak, właśnie takie są baby! Jak to dobrze, że ja jestem inna. Na mnie faceci nie muszą narzekać”. Z drugiej strony, bardzo mnie drażnią żarty feministyczne, androfobiczne i matriarchalistyczne. Zdarza się, że gdy obserwuję jakąś niewiastę, zastanawiam się, co o jej zachowaniu, postępowaniu lub powierzchowności powiedziałby mężczyzna. Gdy dowiaduję się o konflikcie, do którego doszło między partnerem a partnerką, rozsądniejsza wydaje mi się wersja wydarzeń przedstawiana przez faceta. Niektórzy twierdzą, że mam męski sposób pisania i stosuję ewidentnie męskie sformułowania.
Moi ulubieni bohaterowie literaccy - od Konrada z III części “Dziadów” aż po Winstona Smitha z “Roku 1984” - są płci męskiej. Nie potrafię solidaryzować się z postaciami-kobietami. Łzy rozczulenia, np. w sytuacjach rodzinnych, zawsze jawiły mi się jako haniebny akt słabości. Cenię sobie bezpośredniość, jednoznaczność i komunikatywność: zawsze muszę mieć wszystko “podane na tacy”. Nie posiadam tego czegoś, co bywa nazywane kobiecym wdziękiem i urokiem osobistym. O zalotności, kokieterii czy subtelności nawet nie wspomnę. Nowe ubrania kupuję tylko wtedy, gdy jest to konieczne (bo brakuje mi czegoś na zmianę albo stary strój uległ zniszczeniu). Nie zakładam apaszek, opasek, spinek ani innych zbędnych dodatków. Zamiast damskich torebek, których nie znoszę, wybieram plecaki i sportowe torby.
Podróż do nieświadomości
Jeśli się okaże, że faktycznie jestem transseksualistką, to będzie to wstrząs dwudziestolecia. Dlaczego właściwie o tym piszę? Bo przez lata przekonywałam bliźnich, że jestem aseksualistką i szczerze wierzyłam w swój aseksualizm. Obecnie zastanawiam się, czy moja aseksualność nie jest - że tak powiem - zakamuflowaną opcją męską. Czuję, że mam obowiązek poinformować o tym swoich Czytelników. Cóż, pragnę być uczciwa wobec siebie i innych ludzi. No i szukam odpowiedzi na pytania: “Czy w wieku 15-16 lat nie popełniłam błędu? Czy nie poszłam na łatwiznę, szufladkując się jako osoba bezpłciowa? Czy nie okłamałam samej siebie? Czy nie uciekłam od swojego kłopotu?”.
Internauci zawsze pisali, że mój aseksualizm jest jakiś dziwny i że może być zasłoną dla czegoś zupełnie innego. Fakty z mojego życia, które przytoczyłam w poprzednich akapitach, są zwykłymi błahostkami. Lecz takich drobiazgów jest naprawdę wiele. One wszystkie, połączone w jedną całość, tworzą ciekawy, acz szokujący obraz mojej osoby. Czy to możliwe, że jestem facetem uwięzionym w damskim ciele, ale brak akceptacji dla takiego stanu rzeczy spowodował, iż uznałam się za aseksualistkę? Czy przypadłość, którą u siebie odkryłam, nie jest właśnie wypartym ze świadomości transseksualizmem? Czy uwierzyłam w swój aseksualizm z takiej prostej przyczyny, że jest on bardziej “strawny” od transpłciowości?
Ktoś może spytać, dlaczego miałabym wmawiać sobie aseksualność oraz spychać do nieświadomości prawdziwe źródło problemu. Otóż dlatego, że kiedyś byłam ortodoksyjną katoliczką. Później wprawdzie przestałam wierzyć w Boga, ale przyjęłam radykalnie prawicowy światopogląd, który narzucał mi sztywne zasady moralne i skonkretyzowaną wizję rzeczywistości. Skrajna prawica to ogromne wymagania nie tylko wobec otoczenia, ale także wobec własnej osoby. Obecnie mam poglądy narodowo-lewicowe (stworzyłam ideologię zwaną Narodową SocjalDemokracją), więc zmieniło się moje spojrzenie na siebie, świat i rozmaite zjawiska społeczne. Skoro straciłam 80-90 proc. dawnych przekonań i podważyłam swoją tożsamość polityczną, to prędzej czy później musiałam zacząć się zastanawiać nad bardziej intymnymi (czytaj: niewygodnymi dla mnie samej) kwestiami.
No, więc jak to ze mną jest? Cierpię z powodu transseksualizmu, czy nie? Chcę znać prawdę na własny temat, niezależnie od tego, jak bardzo jest przerażająca. Jeśli rzeczywiście jestem transem, to pragnę zwrócić się do ludzkości słowami z wiersza Mirona Białoszewskiego: “Nie każcie mi już niczym więcej być! Nareszcie spokój”.
Natalia Julia Nowak,
18-21 kwietnia 2012 r.
PS. Oto symbol transseksualizmu. Jest fajny, ale katoliccy fundamentaliści i tropiciele teorii spiskowych i tak powiedzą, że podobny do głowy kozła - Baphometa. Swoją drogą, Baphomet też ma zarówno męskie, jak i żeńskie cechy...
http://outservemag.com/wp-content/uploads/2012/01/transgender-symbol2.jpg
http://3.bp.blogspot.com/_vgxtt0HaxOA/S2Cj8ZZ7AwI/AAAAAAAABag/1beUVQWCzbs/s400/baphomet11.jpg
Nie czuję się kobietą i nie mam nic wspólnego z kobiecością. Jeszcze kilka lat temu to stwierdzenie brzmiało niewinnie i niegroźnie, bo przecież byłam dziewczyną, a nie reprezentantką kobiet. Ale teraz mam 21 lat i czuję, że moje dojrzewanie albo już się zakończyło, albo właśnie dobiega końca. Skoro do tej pory nie objawiła się u mnie tzw. kobiecość, to niewątpliwie coś jest ze mną nie tak. Nie posiadam kobiecych zainteresowań, odrzuca mnie od babskich spraw, nie rozumiem przedstawicielek płci żeńskiej i nie podzielam ich punktu widzenia. Częściej zgadzam się z opiniami, poglądami i teoriami wygłaszanymi przez facetów niż przez niewiasty.
W sukience i w kolorowym makijażu czuję się bardziej przebrana niż ubrana. Nigdy nie wychodzę z domu umalowana i odziana w ewidentnie kobiece ciuchy, bo boję się, że gdybym tak zrobiła, to wszyscy przechodnie gapiliby się na mnie jak na pstrokatego cudaka. Poza tym, w takim “kostiumie” czułabym się dziwnie, nienaturalnie i nieswojo. Nigdy nie interesowałam się modą, urodą, fabułą miłosną itp. Gdy przeglądam kobiece czasopisma i portale internetowe, wytrzeszczam oczy ze zdumienia, a potem myślę z niesmakiem: “Jak baby mogą się zajmować takimi pierdołami, kiedy Ojczyzna znajduje się w potrzebie i należy zabiegać o jej ocalenie?! Wszyscy, bez wyjątku, muszą służyć Polsce! Nie ma, że boli!”.
O osobach płci żeńskiej zawsze myślę “one” - nigdy “my”. Mam antyfeministyczne, patriarchalistyczne i maskulistyczne poglądy, a gdy dochodzi do różnorakich sporów między kobietami i mężczyznami, opowiadam się po stronie tych drugich. Najczęściej chodzę w prostych bluzkach, koszulach, swetrach, golfach, spodniach lub długich, lekkich, zwiewnych spódnicach (te ostatnie są bardzo wygodne i nie krępują nóg - zupełnie jak spodnie). Nigdy w życiu nie sięgnęłabym po buty na obcasach. Nie dałabym się również namówić na odzież podkreślającą kobiecość. Stanik powiększający biust, gorset, krótka spódniczka, top, przezroczysta bluzeczka - oto ubrania, których nie założyłabym nawet dla pieniędzy.
“Chyba miałaś być chłopakiem”
Pamiętam, że jako małe dziecko miewałam specyficzne fanaberie: przykładowo, uważałam się za chłopaka i nie chciałam uznać swojej dziewczęcej tożsamości. W przedszkolu wolałam robić to, co chłopcy (któregoś dnia przedszkolanka kazała dziewczynkom przygotować pracę plastyczną z wykorzystaniem kaszy manny, a chłopakom - z wykorzystaniem drewnianych wiór pochodzących z zastruganych kredek. Ja, oczywiście, buntowałam się przeciwko kaszy i wolałam wióry). Później, w młodszych klasach podstawówki, tragedią było dla mnie zakładanie spódniczki na uroczystości szkolne.
Jeśli chodzi o zabawki, to zawsze lubiłam prowizoryczne miecze, pistolety i “różdżki” o zastosowaniu bojowym. Moją najcenniejszą “bronią” była proca, wykonana przez dziadka specjalnie dla mnie. Nigdy nie stroniłam od przeskakiwania przez płoty. Co do kreskówek i seriali, najchętniej oglądałam te, które były wypełnione sensacją, agresją i dynamiką. W wieku dziewięciu lat założyłam klub “Ochotnicze Superbohaterki”, który promował takie wartości, jak honor, sprawiedliwość, odwaga, waleczność, wytrwałość czy wierność chrześcijaństwu. Hasła tej podwórkowej organizacji brzmiały: “Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi” i “Nigdy się nie poddamy”.
Gdy bawiłam się ze swoim kuzynostwem, moja babcia śmiała się ze mnie: “Natalka, ty chyba miałaś być chłopakiem!” (co to były za zabawy? Chyba jakieś pościgi i strzelaniny). Jakby tego było mało, uwielbiałam komputerowe gry-bijatyki, a w szkole często wdawałam się w bójki, przepychanki oraz szarpaniny. Jako osoba dwunasto- lub trzynastoletnia zdradziłam komuś na czacie, że źle się czuję w żeńskim ciele i że najchętniej zmieniłabym płeć. Gazetowe testy na płeć mózgu, które rozwiązywałam w starszych klasach SP i w gimnazjum, jednoznacznie wskazywały na chłopięcą umysłowość/psychikę. Obecnie miewam podobne wyniki, aczkolwiek z anglojęzycznego testu SAGE wyszła mi androgynia oraz skłonności do crossdresingu K/M.
Gimnazjalne koleżanki zarzucały mi, że chodzę i siedzę jak chłopak, mam szerokie ramiona, nie posiadam kobiecych kształtów i w ogóle jestem babochłopem. Nie rozumiałam, jak moje znajome mogą lubić się stroić, skąpo ubierać, chodzić na randki etc. Co się tyczy konfliktów, częściej zdarzały mi się kłótnie i nieporozumienia z dziewczętami niż z chłopakami. Jedyna kumpelka, jaką posiadałam, była totalną chłopczycą (pod względem wyglądu, zachowania i stylu życia). W wieku 14 lat pisałam opowiadania o wojnie w Iraku, aczkolwiek były to utwory o charakterze antywojennym.
To aseksualizm! Koniec, kropka!
Kiedy miałam 15-16 lat, ostatecznie wybrnęłam z kłopotu, stwierdzając rzecz następującą: “Nie czuję się dziewczyną, ale też nie jestem chłopakiem. Nie odczuwam potrzeby, żeby utworzyć z kimkolwiek związek. Nie lubię fizycznej czułości, gardzę nagością, seksem i erotyką. Wniosek? Jestem bezpłciowa. Jestem aseksualna. Jestem poza (lub ponad) tym wszystkim. Problem przezwyciężony, temat zamknięty”. Było to rozwiązanie proste, błyskotliwe, wiarygodne i łatwe do przełknięcia - zarówno dla mnie, jak i dla reszty społeczeństwa. A trzeba podkreślić, że w tamtych czasach (i jeszcze do niedawna) byłam bardzo konserwatywna, więc autodiagnozy typu “jestem transseksualistką” wydawały mi się niemożliwe do zaakceptowania.
Kiedy byłam dzieckiem, dostrzegałam sporo cech łączących mnie z innymi przedstawicielkami płci słabej. Teraz, gdy jestem dorosłą panią, nie widzę żadnego podobieństwa między mną a innymi kobietami. Z logicznego punktu widzenia, wraz z upływem czasu powinnam stawać się coraz bardziej kobieca. Jest jednak odwrotnie. Im więcej mam lat, tym większa przepaść oddziela mnie od pozostałych osób płci żeńskiej. Boyd Rice napisał kiedyś: “Nie jestem tolerancyjną osobą. Faktycznie z każdym dniem staję się coraz bardziej nietolerancyjny. (…) Tak jak moja tolerancja się zmniejsza, tak ich liczba wydaje się zwiększać”. Ja zaś mogę napisać: “Nie jestem kobiecą kobietą. Faktycznie z każdym rokiem staję się coraz mniej kobieca. (…) Tak jak ich kobiecość się rozwija, tak moja wydaje się zwijać”.
W Internecie otrzymuję czasem komentarze, z których wynika, że mogę być mężczyzną podszywającym się pod kobietę. Kilka razy trafiły się wypowiedzi, których autorzy dowodzili, że cierpię z powodu nieuświadomionego (podświadomego?) transseksualizmu. Naturalnie, tego typu sugestie bardzo mnie kiedyś bulwersowały. Myślałam wówczas: “Jak ja, skrajnie prawicowa konserwatystka, mogę być transpłciowa?! Nie jestem żadnym transem. Po prostu należę do osób aseksualnych. Każdy głupi wie, że aseksualny znaczy bezpłciowy”. Z drugiej strony, zdarzało mi się czytać artykuły na temat rozbieżności między płcią biologiczną a psychiczną. Lekturze takich tekstów zawsze towarzyszyły refleksje typu: “A może…?”. Mało tego. Bywało, że w chwilach słabości przychodziła mi do głowy myśl: “Kurczę, ja chyba rzeczywiście jestem transseksualna!”. Nietrudno odgadnąć, że natychmiast usuwałam takie hipotezy ze swojego umysłu.
Marzenie o burce
Większość moich znajomych to mężczyźni, bo tylko z nimi jestem w stanie się porozumieć. Nie przypominam sobie żadnej fascynującej znajomości ani pasjonującej dyskusji z dziewczyną/kobietą. Przez 3,5 roku obracałam się w środowisku narodowych radykałów, w którym przeważają reprezentanci płci silnej. Świetnie się z nimi dogadywałam, gdyż łączyła nas wspólnota poglądów i upodobań. Rozmówczynie irytują mnie o wiele szybciej niż rozmówcy. Jedyne kobiety, z którymi dobrze mi się gawędzi, to te, które mają męskie zainteresowania i sporo męskich cech. Najwspanialszy komplement, jaki kiedykolwiek otrzymałam? Trudno mi wskazać jeden, najlepszy. Wiem tylko tyle, że cieszą mnie wszelkie porównania do faceta. Zwłaszcza te, których autorami są osoby płci męskiej.
Jeśli chodzi o obelgi, to najbardziej oburza mnie fraza “jesteś kobieca/dziewczęca”. Oczywiście, bardzo rzadko otrzymuję takie komunikaty, ale nie mogę powiedzieć, że się one nie zdarzają. Gdy dociera do mnie opinia, że jestem kobieca/dziewczęca, zastanawiam się: “Jaki popełniłam błąd? Czy naprawdę nie widać, że nie chcę, aby patrzono na mnie jak na kobietę/dziewczynę? Że nie chcę być traktowana jak przedstawicielka tej płci? Noszenie luźnych (lub grubych) ubrań, neutralne zachowanie, prosta fryzura i brak makijażu nie wystarczają? Może już czas założyć burkę, czyli muzułmański strój, zaprojektowany w celu ukrycia kobiecości?”. Mam bardzo małe piersi, lecz dla mnie i tak są one zbyt duże (wolałabym być płaska jak deska). Posiadam również wąskie biodra oraz niezbyt kobiecy charakter pisma.
Kiedy ktoś mnie podrywa, przeżywam dyskomfort i upokorzenie, zatem unikam miejsc, w których mogłoby mnie to spotkać. Nie chodzę na dyskoteki ani na plażę, bo tam zwracano by uwagę na moją cielesność (fizyczną kobiecość). Mentalność mam dosyć męską, albowiem już w gimnazjum, kiedy rozmawiałam z mamą o przypadku zgwałcenia prostytutki, rodzicielka powiedziała do mnie: “Natalka, ty czasem mówisz jak chłop!”. Niedawno dowiedziałam się, że posiadam męską manierę związaną z witaniem krewnych: zwrot powitalny, wyciągnięcie ręki i nic więcej. Całowanie i przytulanie to dla mnie koszmar. Dysponuję wysokim i delikatnym głosem, jednak mój sposób mówienia i ton wypowiedzi zupełnie do niego nie pasują.
Solidarna z mężczyznami
Nienawidzę babskich stacji telewizyjnych, reklam adresowanych do kobiet oraz utworów literackich klasyfikowanych jako kobiece. Nie jestem opiekuńcza, wylewna, łagodna, empatyczna, dyplomatyczna ani pacyfistyczna. Zawsze miałam pogardliwy stosunek do własnego ciała, a zwłaszcza do tego, co wiąże się z płcią biologiczną. Nigdy nie rozumiałam kobiet, które lamentowały z powodu sterylizacji lub utraty płodności. Kiedy słuchałam (w telewizji) zwierzeń takich pań, myślałam z wyższością: “Ja bym się tym nie przejęła. W ogóle bym tego nie odczuła. Po co mi sprawny układ rozrodczy, skoro i tak nie będę z niego korzystać? Szczerze mówiąc, ucieszyłabym się, gdybym przeżyła coś takiego, jak te kobiety. Gdybym padła ofiarą napaści seksualnej, nie zaszłabym w ciążę i miałabym święty spokój”.
Lubię - oczywiście, w granicach rozsądku - antyfeministyczne dowcipy i demotywatory. Wyzwalają one we mnie reakcje typu: “Tak, właśnie takie są baby! Jak to dobrze, że ja jestem inna. Na mnie faceci nie muszą narzekać”. Z drugiej strony, bardzo mnie drażnią żarty feministyczne, androfobiczne i matriarchalistyczne. Zdarza się, że gdy obserwuję jakąś niewiastę, zastanawiam się, co o jej zachowaniu, postępowaniu lub powierzchowności powiedziałby mężczyzna. Gdy dowiaduję się o konflikcie, do którego doszło między partnerem a partnerką, rozsądniejsza wydaje mi się wersja wydarzeń przedstawiana przez faceta. Niektórzy twierdzą, że mam męski sposób pisania i stosuję ewidentnie męskie sformułowania.
Moi ulubieni bohaterowie literaccy - od Konrada z III części “Dziadów” aż po Winstona Smitha z “Roku 1984” - są płci męskiej. Nie potrafię solidaryzować się z postaciami-kobietami. Łzy rozczulenia, np. w sytuacjach rodzinnych, zawsze jawiły mi się jako haniebny akt słabości. Cenię sobie bezpośredniość, jednoznaczność i komunikatywność: zawsze muszę mieć wszystko “podane na tacy”. Nie posiadam tego czegoś, co bywa nazywane kobiecym wdziękiem i urokiem osobistym. O zalotności, kokieterii czy subtelności nawet nie wspomnę. Nowe ubrania kupuję tylko wtedy, gdy jest to konieczne (bo brakuje mi czegoś na zmianę albo stary strój uległ zniszczeniu). Nie zakładam apaszek, opasek, spinek ani innych zbędnych dodatków. Zamiast damskich torebek, których nie znoszę, wybieram plecaki i sportowe torby.
Podróż do nieświadomości
Jeśli się okaże, że faktycznie jestem transseksualistką, to będzie to wstrząs dwudziestolecia. Dlaczego właściwie o tym piszę? Bo przez lata przekonywałam bliźnich, że jestem aseksualistką i szczerze wierzyłam w swój aseksualizm. Obecnie zastanawiam się, czy moja aseksualność nie jest - że tak powiem - zakamuflowaną opcją męską. Czuję, że mam obowiązek poinformować o tym swoich Czytelników. Cóż, pragnę być uczciwa wobec siebie i innych ludzi. No i szukam odpowiedzi na pytania: “Czy w wieku 15-16 lat nie popełniłam błędu? Czy nie poszłam na łatwiznę, szufladkując się jako osoba bezpłciowa? Czy nie okłamałam samej siebie? Czy nie uciekłam od swojego kłopotu?”.
Internauci zawsze pisali, że mój aseksualizm jest jakiś dziwny i że może być zasłoną dla czegoś zupełnie innego. Fakty z mojego życia, które przytoczyłam w poprzednich akapitach, są zwykłymi błahostkami. Lecz takich drobiazgów jest naprawdę wiele. One wszystkie, połączone w jedną całość, tworzą ciekawy, acz szokujący obraz mojej osoby. Czy to możliwe, że jestem facetem uwięzionym w damskim ciele, ale brak akceptacji dla takiego stanu rzeczy spowodował, iż uznałam się za aseksualistkę? Czy przypadłość, którą u siebie odkryłam, nie jest właśnie wypartym ze świadomości transseksualizmem? Czy uwierzyłam w swój aseksualizm z takiej prostej przyczyny, że jest on bardziej “strawny” od transpłciowości?
Ktoś może spytać, dlaczego miałabym wmawiać sobie aseksualność oraz spychać do nieświadomości prawdziwe źródło problemu. Otóż dlatego, że kiedyś byłam ortodoksyjną katoliczką. Później wprawdzie przestałam wierzyć w Boga, ale przyjęłam radykalnie prawicowy światopogląd, który narzucał mi sztywne zasady moralne i skonkretyzowaną wizję rzeczywistości. Skrajna prawica to ogromne wymagania nie tylko wobec otoczenia, ale także wobec własnej osoby. Obecnie mam poglądy narodowo-lewicowe (stworzyłam ideologię zwaną Narodową SocjalDemokracją), więc zmieniło się moje spojrzenie na siebie, świat i rozmaite zjawiska społeczne. Skoro straciłam 80-90 proc. dawnych przekonań i podważyłam swoją tożsamość polityczną, to prędzej czy później musiałam zacząć się zastanawiać nad bardziej intymnymi (czytaj: niewygodnymi dla mnie samej) kwestiami.
No, więc jak to ze mną jest? Cierpię z powodu transseksualizmu, czy nie? Chcę znać prawdę na własny temat, niezależnie od tego, jak bardzo jest przerażająca. Jeśli rzeczywiście jestem transem, to pragnę zwrócić się do ludzkości słowami z wiersza Mirona Białoszewskiego: “Nie każcie mi już niczym więcej być! Nareszcie spokój”.
Natalia Julia Nowak,
18-21 kwietnia 2012 r.
PS. Oto symbol transseksualizmu. Jest fajny, ale katoliccy fundamentaliści i tropiciele teorii spiskowych i tak powiedzą, że podobny do głowy kozła - Baphometa. Swoją drogą, Baphomet też ma zarówno męskie, jak i żeńskie cechy...
http://outservemag.com/wp-content/uploads/2012/01/transgender-symbol2.jpg
http://3.bp.blogspot.com/_vgxtt0HaxOA/S2Cj8ZZ7AwI/AAAAAAAABag/1beUVQWCzbs/s400/baphomet11.jpg
21.04.2012 o godz. 15:21
Hej,pomyślałam że może dobrze by było pokazać wam jak wyobrażam sobie bohaterów mojego opowiadania. Dziś postacie żeńskie, do każdej postaci po dwa zdjęcia. Niektórych możecie jeszcze nie znać:
19.04.2012 o godz. 21:39
komentuj (1)
Dobry pomysł, wdzięczny temat
Gender studies - studia genderowe - to interdyscyplinarna dziedzina nauki, która zajmuje się badaniem płci, ale nie od strony biologicznej, tylko od strony społeczno-kulturowej (słowo “gender“ jest tutaj określeniem utrwalonych, zakorzenionych w zbiorowej świadomości wyobrażeń na temat męskości i kobiecości). Genderyści nie zajmują się takimi sprawami jak budowa męskich i żeńskich narządów rozrodczych, działanie testosteronu i estrogenów czy podatność którejś z płci na określone choroby. Rozwijana przez nich nauka nie ma bowiem charakteru przyrodniczego.
Badacze spod znaku gender badają to, w jaki sposób postrzegane są płcie w różnych kulturach, na czym polegają wytworzone przez społeczeństwo role płciowe, jakie cechy uznaje się za pożądane/niepożądane dla mężczyzn/kobiet itd. Przedmiotem ich zainteresowania są ponadto zależności między płcią a językiem (systemem gramatycznym, stylem wypowiedzi), usankcjonowane religijnie normy związane z seksualnością, relacje damsko-męskie w różnych kontekstach historycznych, stereotypy płciowe itp.
Studia genderowe to także rozważania nad kontrowersyjnymi, ale istniejącymi od wieków zjawiskami homoseksualizmu, biseksualizmu, transseksualizmu i androgynizmu. Problemy te, podobnie jak same płcie, są analizowane wyłącznie od strony kulturowej i społecznej. Chodzi o ustalenie, jak wymienione zjawiska są traktowane w różnych społeczeństwach, jak są przedstawiane w sztuce, jak są oceniane przez autorytety religijne etc. Można zatem powiedzieć, że gender studies łączą w sobie elementy socjologii, antropologii, etnologii, kulturoznawstwa, literaturoznawstwa, językoznawstwa, religioznawstwa i innych nauk niebędących naukami ścisłymi.
Pomysł, żeby badać płcie, tożsamości płciowe i orientacje seksualne z punktu widzenia społeczno-kulturowego, to strzał w dziesiątkę. Wybrany przez genderystów temat jest bardzo ciekawy i bliski każdemu człowiekowi (na całym świecie żyją przecież mężczyźni i kobiety, a różnorakie kultury i społeczności rozmaicie się do tego ustosunkowują). Jednocześnie jest to temat-rzeka, który można traktować dosyć swobodnie, a który prawdopodobnie nigdy się nie wyczerpie. Rzeczywistość nie jest statyczna, toteż zawsze znajdzie się fenomen godny analizy i opisu.
Nauka - zakładniczka ideologów?
Gender studies - dobrze, że taka gałąź nauki istnieje i że jest stale wzbogacana o nowe spostrzeżenia. Aby lepiej zrozumieć siebie i świat zewnętrzny, wypada poznać zależności typu “płeć a kultura”, “płeć a społeczeństwo”, “płeć a religia”, “płeć a polityka”, “płeć a język” itd. Cóż więc jest nie tak? Co może być nie w porządku z tak uroczą, inspirującą i pasjonującą nauką? Otóż fakt, że ludzie, którzy zajmują się studiami genderowymi, często podporządkowują tę dziedzinę wiedzy ideologii feministycznej i queerowej.
Każda ideologia, niezależnie od charakteru i stopnia rozpowszechnienia, jest czymś, co można uznać za przeciwieństwo naukowego obiektywizmu. Ideologia zawsze wiąże się ze stronniczością, gdyż służy określonej grupie społecznej, opiera się na emocjach oraz prezentuje “jedyny słuszny” zestaw osądów, oczekiwań i obaw. “Portal Wiedzy“, będący częścią popularnego Onetu, podaje następującą definicję ideologii:
“Zbiór idei, poglądów i przekonań opisujących rzeczywistość oraz zawierających jej ocenę i zasady postępowania grup, ruchów społecznych i partii politycznych. Ideologia tworzy obraz świata istniejącego i prezentuje wizję przyszłości. W skład ideologii wchodzą koncepcje filozoficzne, ekonomiczne, prawne, etyczne, religijne. Ideologia określa wartości i cele, które mają uzasadniać działania polityczne (…)”
Skoro ideologia “tworzy obraz świata istniejącego”, to ma ona charakter kreatywny, nie zaś badawczy. Łączenie gender studies z ideologią feministyczno-queerową powoduje, że ta nauka przestaje być nauką, a staje się uzasadnieniem subiektywnych przekonań pewnej opcji politycznej. Studia genderowe, z natury zupełnie neutralne, zamieniają się w zbiór argumentów i kontrargumentów, którymi można sprytnie manipulować. To niesprawiedliwe, nieuczciwe i niebezpieczne.
Od komunizmu naukowego do feminizmu naukowego
Kiedy dziedzina nauki miesza się z czymś skrajnie stronniczym i nienaukowym, należy do niej podchodzić z dużą nieufnością i krytycyzmem. Trzeba być ostrożnym, zwłaszcza w tych kwestiach, które mogą być szczególnie zmanipulowane oraz nagięte do światopoglądu feministek i aktywistów LGBT. Potrzebna jest znajomość przekonań wspomnianych grup społecznych, a także umiejętność odnajdywania dogmatów ideologicznych w gąszczu suchych faktów. Wszak elementy nienaukowe mogą być wplecione nawet w poważne i pozornie rzetelne teksty akademickie.
Tak jak w PRL-u nauki humanistyczne i ścisłe były podporządkowane marksizmowi, tak dzisiaj studia genderowe bywają podporządkowywane feminizmowi i ruchowi queer. Niektórzy genderyści robią to całkiem jawnie, na przykład poprzez odwoływanie się do feministycznej krytyki literackiej. Kiedyś mieliśmy “komunizm naukowy”, obecnie jesteśmy karmieni “feminizmem/queeryzmem naukowym”. Jak już napisałam, gender studies, pojmowane jako rozważania nad płcią społeczno-kulturową, nie są złe (przeciwnie, są one dobre i wartościowe).
Ale sposób, w jaki niektórzy genderyści traktują swoją pracę, wzbudza we mnie ogromny niesmak. Na ile studia genderowe są dziś celem samym w sobie, a na ile - środkiem do ideologicznego celu? Jak czytać opracowania naukowe, żeby dowiedzieć się czegoś interesującego, a jednocześnie nie dać się omamić dyskretnej propagandzie? Przede wszystkim, trzeba zwracać uwagę na występujące w tekstach sformułowania i zastanawiać się nad tym, czy są one wyważone i niezaangażowane. Tylko w ten sposób można ustalić granicę oddzielającą fakty od opinii (prawdę od sofizmatów).
Kwiatek Agnieszki Mrozik
Przykładem światopoglądowego intruza, który wdarł się do pozornie obiektywnego tekstu, może być sformułowanie użyte przez Agnieszkę Mrozik w recenzji książki Małgorzaty Fidelis (artykuł jest dostępny na oficjalnej stronie Podyplomowych Gender Studies im. Marii Konopnickiej i Marii Dulębianki). Otóż autorka określa aborcję mianem “przysługującego kobietom prawa”. Można dyskutować o tym, czy prawo do aborcji rzeczywiście kobietom przysługuje, czy nie. Każdy czytelnik, niezależnie od płci, wieku, wykształcenia czy wyznania, może się dowolnie zapatrywać na tę kwestię.
Problemem nie jest to, co Agnieszka Mrozik napisała o usuwaniu ciąży, tylko to, że umieściła ona swoją prywatną opinię w publikacji silącej się na bezstronność. Autorka ma prawo myśleć o aborcji, co jej się żywnie podoba. Dlaczego jednak jej subiektywne zdanie zostaje wyrażone w tekście naukowym? Dlaczego prywatny osąd twórczyni nie jest odgraniczony od neutralnych zdań opisujących fakty? Jeśli Agnieszka Mrozik popiera przerywanie ciąży, to niech o tym pisze w felietonach, a nie w publikacjach nastawionych na absolutny obiektywizm!
Nauka jest od tego, żeby badać fakty, a następnie prezentować je odbiorcom. Od oceniania rozmaitych zjawisk i kształtowania opinii publicznej jest publicystyka. Sformułowanie “przysługujące prawo” to nie fakt, lecz prywatny osąd, zatem nie powinno być dla niego miejsca w artykule naukowym. Analogicznie do tego, w tekście naukowym nie powinny występować frazy typu “przysługujące ludzkiemu zarodkowi prawo do życia” czy “przyrodzona godność dziecka poczętego“ (obie wymyślone przeze mnie).
Naukowcowi wolno popierać aborcję, wolno też jej nie popierać. Nie wolno za to mieszać niepodważalnych faktów z indywidualnymi mniemaniami - wiedzą o tym nawet uczniowie gimnazjów. To, co ujdzie w felietonie lub eseju, może nie być akceptowalne w akademickim opracowaniu. Poważna publikacja nie jest odpowiednim miejscem na osobiste przekonania, bez względu na to, czy stanowią one aprobatę, czy dezaprobatę jakiegoś zjawiska. Trzeba się nauczyć oddzielać ziarno od plew - fakty od opinii.
Artykuł naukowy nie powinien zawierać ani stwierdzeń proaborcyjnych, ani antyaborcyjnych. Musi on być całkowicie wyzuty z elementów ideologicznych, religijnych i filozoficznych. Poparcie lub brak poparcia dla przerywania ciąży to właśnie ideologia - czy się to komu podoba, czy nie. Uczony może mieć poglądy pro-choice lub pro-life, jednak winien on unikać demonstrowania ich w tekstach naukowych. Jeżeli chce promować albo zwalczać aborcję, to niech robi to po pracy. Nauka musi być wolna od wszelkich (zarówno liberalnych, jak i konserwatywnych) wpływów światopoglądowych.
Kwiatek Katarzyny Szumlewicz
Innym przykładem ideologicznego wtrętu w publikacji genderowej jest sformułowanie zastosowane przez Katarzynę Szumlewicz w tekście “Przytulanki i fasolki czyli na forach o ciąży” (dostępnym na tej samej stronie co recenzja Agnieszki Mrozik). Autorka użyła bowiem określenia “skrajnie wrogi nam kobietom porządek”. Podobnie jak w poprzednim artykule, mamy tutaj do czynienia z wyrażeniem ewidentnie publicystycznym. “Skrajnie wrogi nam kobietom porządek” to słowa nacechowane emocjonalnie i zdecydowanie stronnicze. Ukazują one nie tyle świat zewnętrzny, ile wyobrażenie pani Szumlewicz o konkretnych elementach rzeczywistości.
Autorka, pisząc o “skrajnie wrogim porządku”, wyraża swoją prywatną, subiektywną, jednostronną opinię. I to w taki sposób, że czytelnik poznaje nie tylko zdanie nadawczyni, ale także jej uczucia i nastawienie do problemu. W tekście naukowym takie sformułowania są niedopuszczalne. Twórczyni tekstu powinna była użyć wyrażenia bardziej neutralnego - takiego, któremu nie dałoby się przypisać nic oprócz profesjonalizmu, obiektywizmu i powściągliwości. Obowiązkiem Szumlewicz było zastosowanie takich środków językowych, które nie zdradzałyby jej osobistych wrażeń, przeświadczeń i uprzedzeń.
Rozumiem, że autorka odczuwa żal i niechęć do pewnych niefeministycznych porządków, ale powinna ona rozładowywać swoje emocje poza publikacjami naukowymi. Zwróćmy jeszcze uwagę na sformułowanie “nam kobietom” pochodzące od pretensjonalnego “my kobiety”. Jest to zlepek słów rodem z bulwarowej prasy kobiecej, a nie z ambitnych traktatów naukowych. Zacytowane wyrażenie jest ekstremalnie nieprofesjonalne - powiedziałabym nawet, że ma ono charakter potoczny. Czyż nie podważa ono powagi i wiarygodności całego artykułu? Czyż nie wskazuje na tendencyjny charakter wypowiedzi pisemnej?
Zakończenie
Studia genderowe to piękna nauka, badająca kulturowe i społeczne aspekty płci, tożsamości płciowych i orientacji seksualnych. Byłaby ona jeszcze piękniejsza, gdyby nie ludzie, którzy traktują ją w sposób instrumentalny - nie jako cel sam w sobie, tylko jako poszukiwanie uzasadnień dla własnych, subiektywnych poglądów. Czynnikiem, który sprawia, że niektóre osoby sięgają po gender studies, nie jest dążenie do odkrycia i zaprezentowania prawdy, tylko chęć zracjonalizowania własnych przekonań i narzucenia ich (pod przykrywką “faktów naukowych”) społeczeństwu. Nie mam nic przeciwko temu, żeby badać gender, czyli wyobrażenia, oczekiwania, obyczaje, zapatrywania i stereotypy związane z ludzką płciowością.
Sprzeciwiam się jednak podporządkowywaniu tych badań ideologii feministycznej i queerowej. Nauka powinna służyć całej ludzkości, a nie określonej grupie społecznej, która pragnie - w niezwykle wysublimowany sposób - przeforsować swoje zdanie. Jeśli mamy ochotę zająć się studiami genderowymi, to zróbmy sobie mały rachunek sumienia i odpowiedzmy na pytanie: czy robimy to w imię “Nauki przez duże N”, czy w imię konkretnej grupy interesu? Czy nasze motywacje są altruistyczne, czy egoistyczne? Czy chcemy poznać i rzetelnie opisać prawdę, czy znaleźć argumenty potwierdzające nasze prywatne opinie? Kim właściwie jesteśmy - obiektywnymi, pokornymi, ciekawymi świata badaczami, czy szkolącymi się ideologami?
Natalia Julia Nowak,
20 lutego 2012 roku
PS. Feministyczna krytyka literacka, uprawiana przez niektóre literaturoznawczynie, nie ma nic wspólnego z nauką. Jest to bowiem interpretowanie utworów literackich z punktu widzenia ideologii feministycznej. Równie dobrze można by uskuteczniać nacjonalistyczną, katolicką lub islamską krytykę literacką. Ciekawe hobby, tyle że zupełnie nienaukowe. Analizowanie np. powieści Henryka Sienkiewicza przez pryzmat feminizmu ma taką samą wartość jak analizowanie tychże książek przez pryzmat nacjonalizmu, katolicyzmu bądź islamu. To nie jest obiektywizm, tylko sprawdzanie, na ile materiał “badawczy” jest zgodny z naszym własnym punktem widzenia. Dobre jest to, z czym się zgadzamy, a złe to, z czym polemizujemy. Utalentowany autor to ten, który schlebia naszym gustom, grafoman to przedstawiciel wrogiego światopoglądu. Gdzie tu bezstronność, gdzie naukowość?!
Gender studies - studia genderowe - to interdyscyplinarna dziedzina nauki, która zajmuje się badaniem płci, ale nie od strony biologicznej, tylko od strony społeczno-kulturowej (słowo “gender“ jest tutaj określeniem utrwalonych, zakorzenionych w zbiorowej świadomości wyobrażeń na temat męskości i kobiecości). Genderyści nie zajmują się takimi sprawami jak budowa męskich i żeńskich narządów rozrodczych, działanie testosteronu i estrogenów czy podatność którejś z płci na określone choroby. Rozwijana przez nich nauka nie ma bowiem charakteru przyrodniczego.
Badacze spod znaku gender badają to, w jaki sposób postrzegane są płcie w różnych kulturach, na czym polegają wytworzone przez społeczeństwo role płciowe, jakie cechy uznaje się za pożądane/niepożądane dla mężczyzn/kobiet itd. Przedmiotem ich zainteresowania są ponadto zależności między płcią a językiem (systemem gramatycznym, stylem wypowiedzi), usankcjonowane religijnie normy związane z seksualnością, relacje damsko-męskie w różnych kontekstach historycznych, stereotypy płciowe itp.
Studia genderowe to także rozważania nad kontrowersyjnymi, ale istniejącymi od wieków zjawiskami homoseksualizmu, biseksualizmu, transseksualizmu i androgynizmu. Problemy te, podobnie jak same płcie, są analizowane wyłącznie od strony kulturowej i społecznej. Chodzi o ustalenie, jak wymienione zjawiska są traktowane w różnych społeczeństwach, jak są przedstawiane w sztuce, jak są oceniane przez autorytety religijne etc. Można zatem powiedzieć, że gender studies łączą w sobie elementy socjologii, antropologii, etnologii, kulturoznawstwa, literaturoznawstwa, językoznawstwa, religioznawstwa i innych nauk niebędących naukami ścisłymi.
Pomysł, żeby badać płcie, tożsamości płciowe i orientacje seksualne z punktu widzenia społeczno-kulturowego, to strzał w dziesiątkę. Wybrany przez genderystów temat jest bardzo ciekawy i bliski każdemu człowiekowi (na całym świecie żyją przecież mężczyźni i kobiety, a różnorakie kultury i społeczności rozmaicie się do tego ustosunkowują). Jednocześnie jest to temat-rzeka, który można traktować dosyć swobodnie, a który prawdopodobnie nigdy się nie wyczerpie. Rzeczywistość nie jest statyczna, toteż zawsze znajdzie się fenomen godny analizy i opisu.
Nauka - zakładniczka ideologów?
Gender studies - dobrze, że taka gałąź nauki istnieje i że jest stale wzbogacana o nowe spostrzeżenia. Aby lepiej zrozumieć siebie i świat zewnętrzny, wypada poznać zależności typu “płeć a kultura”, “płeć a społeczeństwo”, “płeć a religia”, “płeć a polityka”, “płeć a język” itd. Cóż więc jest nie tak? Co może być nie w porządku z tak uroczą, inspirującą i pasjonującą nauką? Otóż fakt, że ludzie, którzy zajmują się studiami genderowymi, często podporządkowują tę dziedzinę wiedzy ideologii feministycznej i queerowej.
Każda ideologia, niezależnie od charakteru i stopnia rozpowszechnienia, jest czymś, co można uznać za przeciwieństwo naukowego obiektywizmu. Ideologia zawsze wiąże się ze stronniczością, gdyż służy określonej grupie społecznej, opiera się na emocjach oraz prezentuje “jedyny słuszny” zestaw osądów, oczekiwań i obaw. “Portal Wiedzy“, będący częścią popularnego Onetu, podaje następującą definicję ideologii:
“Zbiór idei, poglądów i przekonań opisujących rzeczywistość oraz zawierających jej ocenę i zasady postępowania grup, ruchów społecznych i partii politycznych. Ideologia tworzy obraz świata istniejącego i prezentuje wizję przyszłości. W skład ideologii wchodzą koncepcje filozoficzne, ekonomiczne, prawne, etyczne, religijne. Ideologia określa wartości i cele, które mają uzasadniać działania polityczne (…)”
Skoro ideologia “tworzy obraz świata istniejącego”, to ma ona charakter kreatywny, nie zaś badawczy. Łączenie gender studies z ideologią feministyczno-queerową powoduje, że ta nauka przestaje być nauką, a staje się uzasadnieniem subiektywnych przekonań pewnej opcji politycznej. Studia genderowe, z natury zupełnie neutralne, zamieniają się w zbiór argumentów i kontrargumentów, którymi można sprytnie manipulować. To niesprawiedliwe, nieuczciwe i niebezpieczne.
Od komunizmu naukowego do feminizmu naukowego
Kiedy dziedzina nauki miesza się z czymś skrajnie stronniczym i nienaukowym, należy do niej podchodzić z dużą nieufnością i krytycyzmem. Trzeba być ostrożnym, zwłaszcza w tych kwestiach, które mogą być szczególnie zmanipulowane oraz nagięte do światopoglądu feministek i aktywistów LGBT. Potrzebna jest znajomość przekonań wspomnianych grup społecznych, a także umiejętność odnajdywania dogmatów ideologicznych w gąszczu suchych faktów. Wszak elementy nienaukowe mogą być wplecione nawet w poważne i pozornie rzetelne teksty akademickie.
Tak jak w PRL-u nauki humanistyczne i ścisłe były podporządkowane marksizmowi, tak dzisiaj studia genderowe bywają podporządkowywane feminizmowi i ruchowi queer. Niektórzy genderyści robią to całkiem jawnie, na przykład poprzez odwoływanie się do feministycznej krytyki literackiej. Kiedyś mieliśmy “komunizm naukowy”, obecnie jesteśmy karmieni “feminizmem/queeryzmem naukowym”. Jak już napisałam, gender studies, pojmowane jako rozważania nad płcią społeczno-kulturową, nie są złe (przeciwnie, są one dobre i wartościowe).
Ale sposób, w jaki niektórzy genderyści traktują swoją pracę, wzbudza we mnie ogromny niesmak. Na ile studia genderowe są dziś celem samym w sobie, a na ile - środkiem do ideologicznego celu? Jak czytać opracowania naukowe, żeby dowiedzieć się czegoś interesującego, a jednocześnie nie dać się omamić dyskretnej propagandzie? Przede wszystkim, trzeba zwracać uwagę na występujące w tekstach sformułowania i zastanawiać się nad tym, czy są one wyważone i niezaangażowane. Tylko w ten sposób można ustalić granicę oddzielającą fakty od opinii (prawdę od sofizmatów).
Kwiatek Agnieszki Mrozik
Przykładem światopoglądowego intruza, który wdarł się do pozornie obiektywnego tekstu, może być sformułowanie użyte przez Agnieszkę Mrozik w recenzji książki Małgorzaty Fidelis (artykuł jest dostępny na oficjalnej stronie Podyplomowych Gender Studies im. Marii Konopnickiej i Marii Dulębianki). Otóż autorka określa aborcję mianem “przysługującego kobietom prawa”. Można dyskutować o tym, czy prawo do aborcji rzeczywiście kobietom przysługuje, czy nie. Każdy czytelnik, niezależnie od płci, wieku, wykształcenia czy wyznania, może się dowolnie zapatrywać na tę kwestię.
Problemem nie jest to, co Agnieszka Mrozik napisała o usuwaniu ciąży, tylko to, że umieściła ona swoją prywatną opinię w publikacji silącej się na bezstronność. Autorka ma prawo myśleć o aborcji, co jej się żywnie podoba. Dlaczego jednak jej subiektywne zdanie zostaje wyrażone w tekście naukowym? Dlaczego prywatny osąd twórczyni nie jest odgraniczony od neutralnych zdań opisujących fakty? Jeśli Agnieszka Mrozik popiera przerywanie ciąży, to niech o tym pisze w felietonach, a nie w publikacjach nastawionych na absolutny obiektywizm!
Nauka jest od tego, żeby badać fakty, a następnie prezentować je odbiorcom. Od oceniania rozmaitych zjawisk i kształtowania opinii publicznej jest publicystyka. Sformułowanie “przysługujące prawo” to nie fakt, lecz prywatny osąd, zatem nie powinno być dla niego miejsca w artykule naukowym. Analogicznie do tego, w tekście naukowym nie powinny występować frazy typu “przysługujące ludzkiemu zarodkowi prawo do życia” czy “przyrodzona godność dziecka poczętego“ (obie wymyślone przeze mnie).
Naukowcowi wolno popierać aborcję, wolno też jej nie popierać. Nie wolno za to mieszać niepodważalnych faktów z indywidualnymi mniemaniami - wiedzą o tym nawet uczniowie gimnazjów. To, co ujdzie w felietonie lub eseju, może nie być akceptowalne w akademickim opracowaniu. Poważna publikacja nie jest odpowiednim miejscem na osobiste przekonania, bez względu na to, czy stanowią one aprobatę, czy dezaprobatę jakiegoś zjawiska. Trzeba się nauczyć oddzielać ziarno od plew - fakty od opinii.
Artykuł naukowy nie powinien zawierać ani stwierdzeń proaborcyjnych, ani antyaborcyjnych. Musi on być całkowicie wyzuty z elementów ideologicznych, religijnych i filozoficznych. Poparcie lub brak poparcia dla przerywania ciąży to właśnie ideologia - czy się to komu podoba, czy nie. Uczony może mieć poglądy pro-choice lub pro-life, jednak winien on unikać demonstrowania ich w tekstach naukowych. Jeżeli chce promować albo zwalczać aborcję, to niech robi to po pracy. Nauka musi być wolna od wszelkich (zarówno liberalnych, jak i konserwatywnych) wpływów światopoglądowych.
Kwiatek Katarzyny Szumlewicz
Innym przykładem ideologicznego wtrętu w publikacji genderowej jest sformułowanie zastosowane przez Katarzynę Szumlewicz w tekście “Przytulanki i fasolki czyli na forach o ciąży” (dostępnym na tej samej stronie co recenzja Agnieszki Mrozik). Autorka użyła bowiem określenia “skrajnie wrogi nam kobietom porządek”. Podobnie jak w poprzednim artykule, mamy tutaj do czynienia z wyrażeniem ewidentnie publicystycznym. “Skrajnie wrogi nam kobietom porządek” to słowa nacechowane emocjonalnie i zdecydowanie stronnicze. Ukazują one nie tyle świat zewnętrzny, ile wyobrażenie pani Szumlewicz o konkretnych elementach rzeczywistości.
Autorka, pisząc o “skrajnie wrogim porządku”, wyraża swoją prywatną, subiektywną, jednostronną opinię. I to w taki sposób, że czytelnik poznaje nie tylko zdanie nadawczyni, ale także jej uczucia i nastawienie do problemu. W tekście naukowym takie sformułowania są niedopuszczalne. Twórczyni tekstu powinna była użyć wyrażenia bardziej neutralnego - takiego, któremu nie dałoby się przypisać nic oprócz profesjonalizmu, obiektywizmu i powściągliwości. Obowiązkiem Szumlewicz było zastosowanie takich środków językowych, które nie zdradzałyby jej osobistych wrażeń, przeświadczeń i uprzedzeń.
Rozumiem, że autorka odczuwa żal i niechęć do pewnych niefeministycznych porządków, ale powinna ona rozładowywać swoje emocje poza publikacjami naukowymi. Zwróćmy jeszcze uwagę na sformułowanie “nam kobietom” pochodzące od pretensjonalnego “my kobiety”. Jest to zlepek słów rodem z bulwarowej prasy kobiecej, a nie z ambitnych traktatów naukowych. Zacytowane wyrażenie jest ekstremalnie nieprofesjonalne - powiedziałabym nawet, że ma ono charakter potoczny. Czyż nie podważa ono powagi i wiarygodności całego artykułu? Czyż nie wskazuje na tendencyjny charakter wypowiedzi pisemnej?
Zakończenie
Studia genderowe to piękna nauka, badająca kulturowe i społeczne aspekty płci, tożsamości płciowych i orientacji seksualnych. Byłaby ona jeszcze piękniejsza, gdyby nie ludzie, którzy traktują ją w sposób instrumentalny - nie jako cel sam w sobie, tylko jako poszukiwanie uzasadnień dla własnych, subiektywnych poglądów. Czynnikiem, który sprawia, że niektóre osoby sięgają po gender studies, nie jest dążenie do odkrycia i zaprezentowania prawdy, tylko chęć zracjonalizowania własnych przekonań i narzucenia ich (pod przykrywką “faktów naukowych”) społeczeństwu. Nie mam nic przeciwko temu, żeby badać gender, czyli wyobrażenia, oczekiwania, obyczaje, zapatrywania i stereotypy związane z ludzką płciowością.
Sprzeciwiam się jednak podporządkowywaniu tych badań ideologii feministycznej i queerowej. Nauka powinna służyć całej ludzkości, a nie określonej grupie społecznej, która pragnie - w niezwykle wysublimowany sposób - przeforsować swoje zdanie. Jeśli mamy ochotę zająć się studiami genderowymi, to zróbmy sobie mały rachunek sumienia i odpowiedzmy na pytanie: czy robimy to w imię “Nauki przez duże N”, czy w imię konkretnej grupy interesu? Czy nasze motywacje są altruistyczne, czy egoistyczne? Czy chcemy poznać i rzetelnie opisać prawdę, czy znaleźć argumenty potwierdzające nasze prywatne opinie? Kim właściwie jesteśmy - obiektywnymi, pokornymi, ciekawymi świata badaczami, czy szkolącymi się ideologami?
Natalia Julia Nowak,
20 lutego 2012 roku
PS. Feministyczna krytyka literacka, uprawiana przez niektóre literaturoznawczynie, nie ma nic wspólnego z nauką. Jest to bowiem interpretowanie utworów literackich z punktu widzenia ideologii feministycznej. Równie dobrze można by uskuteczniać nacjonalistyczną, katolicką lub islamską krytykę literacką. Ciekawe hobby, tyle że zupełnie nienaukowe. Analizowanie np. powieści Henryka Sienkiewicza przez pryzmat feminizmu ma taką samą wartość jak analizowanie tychże książek przez pryzmat nacjonalizmu, katolicyzmu bądź islamu. To nie jest obiektywizm, tylko sprawdzanie, na ile materiał “badawczy” jest zgodny z naszym własnym punktem widzenia. Dobre jest to, z czym się zgadzamy, a złe to, z czym polemizujemy. Utalentowany autor to ten, który schlebia naszym gustom, grafoman to przedstawiciel wrogiego światopoglądu. Gdzie tu bezstronność, gdzie naukowość?!
20.02.2012 o godz. 22:35
Housewife w XXI wieku
Antyfeminizm należy do tych ideologii, które - we współczesnym świecie - są trudne lub wręcz niemożliwe do realizacji. Rzeczywistość już dawno przestała wyglądać tak, jak powinna, a ci, którzy pragną coś zmienić, nie zawsze mają taką możliwość. Wbrew temu, co twierdzą feministki, istnieją w Polsce kobiety, które chciałyby żyć w tradycyjnych układach społecznych. Problem w tym, że zazwyczaj nie mogą one urzeczywistniać swoich poglądów. W XXI wieku praktycznie nie da się być klasyczną housewife. Umyślnie piszę “housewife”, bo w języku polskim nie ma jednego, prostego i wyrazistego słowa, określającego kobietę, która nie pracuje zawodowo, tylko poświęca się sprawom rodzinno-domowym.
Myślę, że w dobie dealerów, freelancerów, headhunterów, copywriterów, ghostwriterów, designerów, webmasterów, babysitterów, spin doctorów, product menagerów i managing directorów używanie wyrazu “housewife” nie stanowi żadnego nietaktu (w sumie, to nie jest głupi pomysł, żeby uznać domożonę za jeden z zawodów. Ostatecznie, taka dama również pracuje, a pieniądze otrzymuje od swojego męża. Nie nazwałabym jej bezrobotną, bo to określenie pasuje raczej do niezatrudnionej, niestudiującej, pełnoletniej, mieszkającej z rodzicami dziewczyny. Ech, jaka epoka, takie nazewnictwo!).
No, ale dlaczego nie da się być housewife? Jakie przeszkody stają na drodze kandydatkom na to stanowisko? I jakie są wady takiego stanu rzeczy? Spróbuję to wyjaśnić w niniejszym tekście!
Feministyczny styl życia
Współczesny świat zmusza kobiety do feministycznego stylu życia - także te, które wolałyby funkcjonować bardziej tradycyjnie. Mężczyźni zarabiają tak mało pieniędzy, że nie są w stanie samodzielnie utrzymać swoich rodzin. Powoduje to, że niewiasty (czy im się to podoba, czy nie) muszą podejmować pracę zawodową. Pracodawcy często wymagają od nich nadludzkiego wysiłku, a państwo, zamiast pomagać uciśnionym pracownicom, pośrednio przyczynia się do ich katorgi (niedawno politycy zdecydowali, że podwyższą paniom wiek emerytalny o równiutkie 7 lat!).
Skutek jest taki, że zarówno mąż, jak i żona, spędzają całe dnie w robocie. Wieczorem oboje wracają do domu: są wyczerpani, zdenerwowani, myślą tylko o tym, żeby odpocząć i zapewnić sobie odrobinę relaksu. Żadne z nich nie ma ochoty, żeby pójść do kuchni, zrobić dwie porcje kolacji, a potem pozmywać i powycierać naczynia. Żadne z nich nie chce usługiwać drugiemu i patrzeć na jego słodką bezczynność. Żadne z nich nie jest zainteresowane pracą na dwa etaty.
Dwa światy
I on, i ona pragną po prostu usiąść przed telewizorem i obejrzeć ulubiony program rozrywkowy. Żona nie ma siły ani chęci, żeby słuchać opowieści męża, a mąż nie ma siły ani chęci, żeby słuchać opowieści żony. Każde z nich posiada własne problemy, zatem żyje w odrębnym świecie i nie wpuszcza do niego nawet najbliższego człowieka. Jakie są konsekwencje tych wszystkich niedogodności? Małżonkowie kłócą się o to, kto ma się zająć sprawami domowymi, takimi jak przygotowanie posiłku czy wyczyszczenie talerzy.
Nie rozmawiają ze sobą tak, jak powinni - co najwyżej warczą na siebie, bo oboje są ofiarami stresu i znużenia. Jeśli jednej z osób udaje się przeforsować swoje zdanie, to ta druga jest wściekła i delikatnie mści się na tej pierwszej. Błędne koło zostaje wprawione w ruch, mężczyzna i kobieta przestają się doskonale uzupełniać. Kończy się sielanka, a zaczyna tragifarsowy skecz. Nie ma żadnej koordynacji - nikt nie wie, co ma robić, nie zna swoich praw i obowiązków.
Trucizna o powolnym działaniu
Atmosfera jest napięta, brakuje harmonii, porozumienia i wzajemnej życzliwości. Takie negatywne emocje sprawiają, że związek ulega zatruciu. Małżonkowie oddalają się od siebie, przestają się rozumieć, stają się obcymi sobie ludźmi lub wręcz śmiertelnymi wrogami. Czasem nawet rywalizują ze sobą, żeby ustalić, kto jest lepszy, mądrzejszy, zaradniejszy i bardziej godny przywilejów. W ich życiu pojawia się napastliwość, zadziorność, niepokój, skłonność do patrzenia z góry na drugą połówkę.
Powstaje klimat wojny, niezgody i permanentnego chaosu. Mąż i żona, na własne życzenie, wprowadzają do swojego mieszkania ciemną energię, która wraz z upływem czasu staje się coraz bardziej dokuczliwa. Jak nietrudno się domyślić, taki układ grozi separacją bądź rozwodem. Zwróćmy szczególną uwagę na małżeństwa posiadające dzieci. Jeśli ojciec i matka spędzają całe dnie poza domem, a wieczorem sprzeczają się jak parlamentarzyści, to co się dzieje z ich potomstwem?
Samotność dziecka
Dzieciaki są wychowywane przez ulicę, krąg rówieśniczy, TV lub komputer. Czują się osamotnione, tęsknią za rodzicami, walczą z nawarstwiającymi się kłopotami, o których tata i mama nawet nie wiedzą. Czasem odnoszą wrażenie, że otrzymują od rodziców wszystko z wyjątkiem wsparcia i miłości. Ponieważ nie uważają swoich najbliższych za osoby godne naśladowania, zaczynają sobie szukać innych idoli i autorytetów. Owocuje to problemami szkolnymi lub wychowawczymi - niskimi ocenami, używkami, agresją, autoagresją itp.
Dramat ulega nasileniu, kiedy ojciec i matka się rozstają. Problemy małżeńskie i rodzinne, które opisałam, są bardzo charakterystyczne dla dzisiejszych - feministycznych i nowoczesnych - społeczeństw zachodnich. Nie ulega wątpliwości, że w czasach, kiedy żony i matki nie pracowały zawodowo, rodziny były silniejsze, stabilniejsze, szczęśliwsze i bardziej solidarne. Mężczyzna i kobieta nie byli rywalami, tylko idealnie pasującymi do siebie kawałkami układanki. Dziecko nie było ciężarem, tylko istotą stawianą w centrum zainteresowania.
Poza nawiasem społeczeństwa
Innym czynnikiem, który zmusza kobiety do feministycznego stylu życia, jest nietolerancyjne społeczeństwo. Większość ludzi jest nieprzychylnie nastawiona do tych kobiet, które wolą się zajmować domem i rodziną niż robić karierę zawodową. Znam kilka pogardliwych określeń, którymi nazywa się panie o konserwatywnych i antyfeministycznych przekonaniach - są to wyrażenia obraźliwe, nienawistne, krzywdzące i plugawe. Niewiasta, która nie chce żyć tak jak jej koleżanki, jest napiętnowana przez swoje otoczenie, a zwłaszcza przez feministki i feministów.
Zbiorowość karze ją za to, że zlekceważyła obowiązujący schemat i wybrała własną drogę życiową. Tradycjonalistyczna pani domu przekonuje się, że chociaż wszyscy mówią o prawach kobiet, to tak naprawdę nie ma mowy o żadnej wolności. Wbrew solennym deklaracjom i chwytliwym sloganom, brakuje w społeczeństwie akceptacji dla różnych światopoglądów i sposobów bycia. Media promują “jedyny słuszny” wzór postępowania, a ich odbiorcy uznają go za nienaruszalną i nieprzemijalną świętość.
Brak warunków do (antyfeministycznego) życia
Jeśli antyfeministka ma dużo dzieci, to otoczenie atakuje ją z podwójną bezwzględnością. Ludzie dają popalić nie tylko jej, ale także jej mężowi, określanemu uwłaczającymi epitetami. Przyznam szczerze, że ja bym się bała zostać staroświecką housewife. Nie wiem, czy byłabym w stanie egzystować jako wyklęty przez wspólnotę parias - tym bardziej, że mogłoby się to odbić na ewentualnym dziecku. Złośliwości i drwiące uśmieszki mogłabym jeszcze znieść, ale nie zniosłabym prześladowania i wyszydzania mojego malucha.
Tutaj, w Polsce, po prostu nie ma warunków do życia według założeń antyfeminizmu. Dotyczy to zarówno kwestii ekonomicznych, jak i społecznych. Czym jak czym, ale Turcją to my nie jesteśmy! Uważam, że lepiej zostać bezdzietną starą panną niż założyć słabą (feministyczno-nowoczesną) rodzinę. Lepiej skazać się na wieczną samotność niż cierpieć jako odtrącona, wyśmiana, niezrozumiana i potępiona “kura domowa”.
Póki co, nie warto zakładać rodziny
Ostatnio zastanawiałam się nad tym, czy powinnam kiedyś założyć rodzinę. Doszłam do wniosku, że nie - właśnie ze względu na złą koniunkturę. Gdyby Rzeczpospolita Polska była normalnym krajem, to stworzenie klasycznej, zachowawczej, poukładanej, patriarchalnej rodziny byłoby możliwe. Niestety, nie jest i nic na to nie poradzę. Kolejna sprawa: jako matka, musiałabym się liczyć z tym, że moje dziecko będzie indoktrynowane (przez nauczycieli) euroentuzjastyczną i liberalną propagandą.
Czy chciałabym, by mój potomek chłonął w szkole takie treści? Czy chciałabym, by powoli zamieniał się w kosmopolitę, eurofederalistę i polonofoba? Czy chciałabym, by uczestniczył w lekcjach wychowania seksualnego (takich, o jakich marzy SLD i Ruch Palikota)? Czy chciałabym, by został opętany konformizmem, feminizmem i permisywizmem? Czy chciałabym, by na moich oczach przeobrażał się w mojego ideologicznego antagonistę? Oczywiście, że nie!
Szwecja Północna i Szwecja Południowa
Pewnie, że mogłabym samodzielnie uczyć malca patriotyzmu i konserwatyzmu (mit Matki Polki). Sęk w tym, że gdyby o moich nieprawomyślnych poglądach dowiedzieli się sąsiedzi, to mogliby oni wezwać opiekę społeczną i doprowadzić do odebrania mi praw rodzicielskich. Tak się bowiem składa, że w Polsce szwedzkie metody stają się coraz powszechniejsze i bardziej wyrafinowane. Władze zabrałyby mi dzieciaka, a następnie umieściłyby go w polskim odpowiedniku Egalii (placówki, w której wmawia się dzieciom, że płeć nie istnieje, a na każdą istotę ludzką mówi się “ono”).
Zatrważające, ale coraz bardziej prawdopodobne. Mogę cynicznie zażartować, że Europejczycy doczekali się dwóch podobnych krain: Szwecji Północnej i Szwecji Południowej. Różnica polega na tym, że rodzice z Północy nie mają kłopotów z utrzymaniem swojego potomstwa, a rodzice z Południa ledwo ciągną do “pierwszego“. My, naturalnie, jesteśmy Południem. Ubogim i pogrążonym w wewnętrznych niesnaskach.
Burrnesh - Dziewica Kanunu
Wniosek? Ze względu na niskie PKB, nietolerancyjne społeczeństwo, przynależność Polski do Unii Europejskiej i upodabnianie się naszej Ojczyzny do Szwecji nie powinnam zakładać własnej rodziny. Jedyne, co mi pozostaje, to zostać kimś w rodzaju Burrnesh, Dziewicy Kanunu (kobiety, która może funkcjonować tak jak mężczyzna, pod warunkiem, że zachowa czystość do końca życia). Wiem, że Polska to nie Albania, ale innego rozwiązania nie widzę.
Teoretycznie, mogłabym poślubić obcokrajowca i wyjechać za granicę. Są jednak trzy przeszkody. Pierwsza: nie znam żadnego obcokrajowca. Druga: nigdy nie wiadomo, jaka przyszłość i jakie reformy czekają obczyznę. Trzecia: miejsce Polki jest w Polsce. Emigracja może, choć nie musi, grozić wynarodowieniem i zobojętnieniem na sprawy ojczyste (znam Polonusów, którym wystarczyło około pięciu lat, żeby nabrać pogardliwego stosunku do Polski. Co ciekawe, jednocześnie zapomnieli oni o tym, jak się żyje w Kraju nad Wisłą).
Komunikaty werbalne i niewerbalne
Od 15 roku życia powtarzam, że w przyszłości najprawdopodobniej zostanę bezdzietną starą panną. Nie życzę sobie, żeby faceci mnie podrywali, toteż staram się ubierać i zachowywać tak, by nie rozpalać w nich cielesnego ognia (heh, gdybym mogła, najchętniej przebrałabym się za Afgankę! Ale tego ludzkość na pewno by nie strawiła! Poza tym, rasiści i antyterroryści mogliby mnie z kimś pomylić!). To, w jaki sposób jesteśmy postrzegani i traktowani przez innych ludzi, zależy bowiem nie tylko od naszych zapewnień, lecz również od tego, jakie ubrania nosimy, jakie gesty wykonujemy i jak reagujemy na rozmaite bodźce.
Każdy komunikolog potwierdzi, że oprócz komunikatów werbalnych istnieją jeszcze komunikaty niewerbalne. Nosząc skromne, proste, obudowane i aseksualne stroje, kieruję do mężczyzn pewien przekaz podprogowy - daję im do zrozumienia, że jestem niedostępna i nienastawiona na flirt czy seks. Sprawiam, że mogą oni skupić się na tym, co mam do przekazania, a nie na mojej fizyczności i powierzchowności. Nie jestem taka, jak pewna piosenkarka (chyba Beyonce), która z jednej strony skąpo się ubiera, a z drugiej - narzeka, że odbiorcy traktują ją jak obiekt seksualny.
Żeby wilk był syty, a owca cała
Wiem, że panowie są istotami niezwykle pobudliwymi płciowo. Nie mam jednak do nich pretensji, bo taki stan rzeczy wynika z ich samczej natury, a nie ze złej woli. Ukrywając swoją kobiecość, oszczędzam facetom stresu, rozczarowania i poczucia niespełnienia. Sama również na tym korzystam, bo dzięki przyzwoitemu wyglądowi udaje mi się uniknąć niechcianych zaczepek i niedwuznacznych propozycji. Gdybym założyła spódniczkę mini, a mężczyźni (ku mojemu utrapieniu) zaczęli mnie podrywać, to byłabym sama sobie winna.
Zostałabym ukarana za igranie z męską biologicznością, czyli za brak szacunku do siebie i płci przeciwnej. Przekonałabym się, że brak empatii względem bliźnich może się obrócić przeciwko mnie. Jeśli samica eksponuje swoją cielesność, to niech się nie dziwi, że samiec reaguje na to w typowo samczy sposób. My, ludzie, należymy do królestwa zwierząt, zatem jesteśmy niewolnikami pierwotnych i nieposkromionych instynktów. Feministki powinny wreszcie zrozumieć, że mężczyźni nie są płytcy, tylko specyficznie zaprogramowani przez Matkę Naturę.
Pouczające przeżycie z przeszłości
W tym, co czynię i piszę, nie ma absolutnie żadnej filozofii. To jest najzwyklejsza w świecie pamięć o prawach przyrody i właściwościach męskiego organizmu. Kiedy miałam 15 lub 16 lat, zdarzyło mi się - jeden, jedyny raz - założyć bardzo krótkie spodenki. Skutek był taki, że chłopcy gapili się na moje nogi, co strasznie mnie krępowało. Zrozumiałam wtedy, że szkodzę zarówno sobie, jak i im. Sobie - bo narażam się na dyskomfort, niepożądane umizgi lub coś jeszcze gorszego. Im - bo rozniecam w nich płomień, który ich parzy i zmusza do szukania ratunku.
Dziś jestem świadoma, że jeśli chcę, by faceci postrzegali mnie jako kumpla, to muszę wyglądać i postępować jak kumpel, a nie jak kobieta. Jestem jak albańskie Dziewice Kanunu, które - pragnąc robić to, co płeć silna - muszą zrezygnować ze swojej kobiecości. Przez szacunek do mężczyzn i ich uczuć. Przez dostosowanie się do ich świata. Przez głęboki respekt dla ich samczej tożsamości (jednocześnie potężnej i groźnej). Przez dążenie do zapobiegnięcia niezręcznym sytuacjom.
Albo kariera, albo rodzina
Dziewica Kanunu działa w męskiej rzeczywistości, więc jest poniekąd mężczyzną i nie może sobie pozwalać na niewieście zachowania ani na stosunki erotyczne z innymi mężczyznami. Reasumując… Jako antyfeministka, powinnam wyjść za mąż i wcielić się w rolę klasycznej housewife. W Polsce (Szwecji Południowej) nie ma jednak do tego warunków, dlatego egzystuję jako tutejsza Burrnesh. Od lat powtarzam, że kobieta, po ukończeniu szkoły lub studiów, powinna podjąć jednoznaczną decyzję: albo kariera, albo rodzina. Albo praca, albo związek z mężczyzną.
Albo aktywność w szerokim świecie, albo całkowite poświęcenie się domowi. Albo żywot zmaskulinizowanej panny, albo tradycyjna rola kobieca. Albo dożywotnie dziewictwo, albo patriarchalne małżeństwo. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że podobny pogląd głoszą od pokoleń Albańczycy. Kobieta nie powinna łączyć kariery z życiem rodzinnym, gdyż grozi to konfliktami, o jakich napisałam we wcześniejszej części artykułu. Szkoda, że gdy niewiasta wybiera klasyczny model życia, to grożą jej docinki ze strony “tolerancyjnych” feministek i feministów!
Magdalena Żuraw i Maria Helena
A teraz coś z zupełnie innej beczki. Chciałabym oficjalnie ustosunkować się do faktu, że niektórzy ludzie stawiają mnie w jednym szeregu z takimi postaciami jak Magdalena Żuraw czy Maria Helena. Te dwie publicystki, piszące kontrowersyjne teksty o roli kobiet w społeczeństwie, reprezentują całkiem inny antyfeminizm niż ja. MŻ i MH to autorki katolickie: jeśli popierają patriarchalizm, to tylko dlatego, że nakazuje im to religia oraz oparta na niej obyczajowość.
Ja zaś jestem ateistką, a wyznawana przeze mnie wersja antyfeminizmu ma charakter laicki, socjobiologiczny, naturalistyczny, darwinistyczny i racjonalistyczny. Poglądy, które głoszę, wypływają z obserwacji przyrody i z analizy zwierzęcej strony człowieka. Opowiadam się za rządami mężczyzn, ponieważ w naturze najwyższą pozycję zajmują osobniki męskie (samce są duże, silne, agresywne, energiczne i władcze. Dominują seksualnie nad samicami i płodzą potomstwo. Nie miesiączkują, nie tracą błony dziewiczej, nie zachodzą w ciążę, nie znają trudów związanych z porodem etc).
Magdalena Żuraw i Maria Helena nie interesują się ewolucjonizmem i nie piszą o fizjologicznych aspektach ludzkiego życia - może dlatego, że nie chcą, a może dlatego, że im nie wolno (w katolicyzmie występują tematy tabu, a uznawanie Homo sapiens za gatunek małpy jest zakazane). No, więc jak można kojarzyć mnie z tymi dwiema autorkami? Katolickie antyfeministki i ja to dwa zupełnie różne światy! Pewnie, że w niektórych kwestiach mówimy jednym głosem. Ale ich przekonania i moje teorie wypływają z całkowicie innych źródeł.
Dziękuję za lekturę mojego tekstu!
Natalia Julia Nowak,
1-4 lutego 2012 roku
PS. Dlaczego nie piszę nic o miłości? Bo miłość, szanowni Czytelnicy, nie istnieje. To, co wielu osobom jawi się jako najpiękniejsze i najgorętsze uczucie, jest efektem działania feromonów i fenyloetyloaminy. Te dwa dziwolągi na literę “f” są zwyczajnymi substancjami chemicznymi. Wyjaśnia to, skąd się wziął związek frazeologiczny “dobra chemia” (rozpowszechniony głównie wśród młodzieży).
PS 2. Jak już napisałam, jestem osobą niewierzącą, więc domyślną formą zawarcia małżeństwa jest dla mnie ślub cywilny. Gdybym miała wyjść za mąż, to zdecydowałabym się właśnie na uroczystość w Urzędzie Stanu Cywilnego. Ślub kościelny mija się z celem, ponieważ dokumenty nowożeńców i tak ostatecznie trafiają do USC (są tam wysyłane lub zanoszone przez duchownego). Podczas trwania związku małżeńskiego faktyczna władza nad mężem i żoną nie należy do księdza, tylko do państwa, dysponującego Kodeksem Cywilnym oraz Kodeksem Rodzinnym i Opiekuńczym. Małżeństwo jest wszak oficjalną i zarejestrowaną instytucją. KRO wypada znać, bo zawiera on kilka niebezpiecznych przepisów.
Przykładowo, kiedy mąż rozwodzi się z żoną, to jego małżonka przestaje być małżonką, ale teść pozostaje teściem do końca życia. Kolejna sprawa: jeśli po rozwodzie jedno z małżonków jest biedne, to ma prawo żądać od tego bogatszego alimentów. I to nie na dziecko, tylko na siebie. Kościół katolicki nie może zmusić oblubieńców do przestrzegania prawa kanonicznego, ale władze mogą ich zmusić do respektowania KRO i KC. Związkiem małżeńskim rządzi Rzeczpospolita Polska, a Rzeczpospolitą Polską - Unia Europejska. Pytanie za sto punktów: kto rządzi Unią Europejską? Illuminati? Dobra, żartuję! Nie mówcie, proszę, że jestem pozbawiona krztyny romantyzmu. Ja po prostu staram się być realistką. “Trzeba być w butach na weselu”, czyż nie?
Antyfeminizm należy do tych ideologii, które - we współczesnym świecie - są trudne lub wręcz niemożliwe do realizacji. Rzeczywistość już dawno przestała wyglądać tak, jak powinna, a ci, którzy pragną coś zmienić, nie zawsze mają taką możliwość. Wbrew temu, co twierdzą feministki, istnieją w Polsce kobiety, które chciałyby żyć w tradycyjnych układach społecznych. Problem w tym, że zazwyczaj nie mogą one urzeczywistniać swoich poglądów. W XXI wieku praktycznie nie da się być klasyczną housewife. Umyślnie piszę “housewife”, bo w języku polskim nie ma jednego, prostego i wyrazistego słowa, określającego kobietę, która nie pracuje zawodowo, tylko poświęca się sprawom rodzinno-domowym.
Myślę, że w dobie dealerów, freelancerów, headhunterów, copywriterów, ghostwriterów, designerów, webmasterów, babysitterów, spin doctorów, product menagerów i managing directorów używanie wyrazu “housewife” nie stanowi żadnego nietaktu (w sumie, to nie jest głupi pomysł, żeby uznać domożonę za jeden z zawodów. Ostatecznie, taka dama również pracuje, a pieniądze otrzymuje od swojego męża. Nie nazwałabym jej bezrobotną, bo to określenie pasuje raczej do niezatrudnionej, niestudiującej, pełnoletniej, mieszkającej z rodzicami dziewczyny. Ech, jaka epoka, takie nazewnictwo!).
No, ale dlaczego nie da się być housewife? Jakie przeszkody stają na drodze kandydatkom na to stanowisko? I jakie są wady takiego stanu rzeczy? Spróbuję to wyjaśnić w niniejszym tekście!
Feministyczny styl życia
Współczesny świat zmusza kobiety do feministycznego stylu życia - także te, które wolałyby funkcjonować bardziej tradycyjnie. Mężczyźni zarabiają tak mało pieniędzy, że nie są w stanie samodzielnie utrzymać swoich rodzin. Powoduje to, że niewiasty (czy im się to podoba, czy nie) muszą podejmować pracę zawodową. Pracodawcy często wymagają od nich nadludzkiego wysiłku, a państwo, zamiast pomagać uciśnionym pracownicom, pośrednio przyczynia się do ich katorgi (niedawno politycy zdecydowali, że podwyższą paniom wiek emerytalny o równiutkie 7 lat!).
Skutek jest taki, że zarówno mąż, jak i żona, spędzają całe dnie w robocie. Wieczorem oboje wracają do domu: są wyczerpani, zdenerwowani, myślą tylko o tym, żeby odpocząć i zapewnić sobie odrobinę relaksu. Żadne z nich nie ma ochoty, żeby pójść do kuchni, zrobić dwie porcje kolacji, a potem pozmywać i powycierać naczynia. Żadne z nich nie chce usługiwać drugiemu i patrzeć na jego słodką bezczynność. Żadne z nich nie jest zainteresowane pracą na dwa etaty.
Dwa światy
I on, i ona pragną po prostu usiąść przed telewizorem i obejrzeć ulubiony program rozrywkowy. Żona nie ma siły ani chęci, żeby słuchać opowieści męża, a mąż nie ma siły ani chęci, żeby słuchać opowieści żony. Każde z nich posiada własne problemy, zatem żyje w odrębnym świecie i nie wpuszcza do niego nawet najbliższego człowieka. Jakie są konsekwencje tych wszystkich niedogodności? Małżonkowie kłócą się o to, kto ma się zająć sprawami domowymi, takimi jak przygotowanie posiłku czy wyczyszczenie talerzy.
Nie rozmawiają ze sobą tak, jak powinni - co najwyżej warczą na siebie, bo oboje są ofiarami stresu i znużenia. Jeśli jednej z osób udaje się przeforsować swoje zdanie, to ta druga jest wściekła i delikatnie mści się na tej pierwszej. Błędne koło zostaje wprawione w ruch, mężczyzna i kobieta przestają się doskonale uzupełniać. Kończy się sielanka, a zaczyna tragifarsowy skecz. Nie ma żadnej koordynacji - nikt nie wie, co ma robić, nie zna swoich praw i obowiązków.
Trucizna o powolnym działaniu
Atmosfera jest napięta, brakuje harmonii, porozumienia i wzajemnej życzliwości. Takie negatywne emocje sprawiają, że związek ulega zatruciu. Małżonkowie oddalają się od siebie, przestają się rozumieć, stają się obcymi sobie ludźmi lub wręcz śmiertelnymi wrogami. Czasem nawet rywalizują ze sobą, żeby ustalić, kto jest lepszy, mądrzejszy, zaradniejszy i bardziej godny przywilejów. W ich życiu pojawia się napastliwość, zadziorność, niepokój, skłonność do patrzenia z góry na drugą połówkę.
Powstaje klimat wojny, niezgody i permanentnego chaosu. Mąż i żona, na własne życzenie, wprowadzają do swojego mieszkania ciemną energię, która wraz z upływem czasu staje się coraz bardziej dokuczliwa. Jak nietrudno się domyślić, taki układ grozi separacją bądź rozwodem. Zwróćmy szczególną uwagę na małżeństwa posiadające dzieci. Jeśli ojciec i matka spędzają całe dnie poza domem, a wieczorem sprzeczają się jak parlamentarzyści, to co się dzieje z ich potomstwem?
Samotność dziecka
Dzieciaki są wychowywane przez ulicę, krąg rówieśniczy, TV lub komputer. Czują się osamotnione, tęsknią za rodzicami, walczą z nawarstwiającymi się kłopotami, o których tata i mama nawet nie wiedzą. Czasem odnoszą wrażenie, że otrzymują od rodziców wszystko z wyjątkiem wsparcia i miłości. Ponieważ nie uważają swoich najbliższych za osoby godne naśladowania, zaczynają sobie szukać innych idoli i autorytetów. Owocuje to problemami szkolnymi lub wychowawczymi - niskimi ocenami, używkami, agresją, autoagresją itp.
Dramat ulega nasileniu, kiedy ojciec i matka się rozstają. Problemy małżeńskie i rodzinne, które opisałam, są bardzo charakterystyczne dla dzisiejszych - feministycznych i nowoczesnych - społeczeństw zachodnich. Nie ulega wątpliwości, że w czasach, kiedy żony i matki nie pracowały zawodowo, rodziny były silniejsze, stabilniejsze, szczęśliwsze i bardziej solidarne. Mężczyzna i kobieta nie byli rywalami, tylko idealnie pasującymi do siebie kawałkami układanki. Dziecko nie było ciężarem, tylko istotą stawianą w centrum zainteresowania.
Poza nawiasem społeczeństwa
Innym czynnikiem, który zmusza kobiety do feministycznego stylu życia, jest nietolerancyjne społeczeństwo. Większość ludzi jest nieprzychylnie nastawiona do tych kobiet, które wolą się zajmować domem i rodziną niż robić karierę zawodową. Znam kilka pogardliwych określeń, którymi nazywa się panie o konserwatywnych i antyfeministycznych przekonaniach - są to wyrażenia obraźliwe, nienawistne, krzywdzące i plugawe. Niewiasta, która nie chce żyć tak jak jej koleżanki, jest napiętnowana przez swoje otoczenie, a zwłaszcza przez feministki i feministów.
Zbiorowość karze ją za to, że zlekceważyła obowiązujący schemat i wybrała własną drogę życiową. Tradycjonalistyczna pani domu przekonuje się, że chociaż wszyscy mówią o prawach kobiet, to tak naprawdę nie ma mowy o żadnej wolności. Wbrew solennym deklaracjom i chwytliwym sloganom, brakuje w społeczeństwie akceptacji dla różnych światopoglądów i sposobów bycia. Media promują “jedyny słuszny” wzór postępowania, a ich odbiorcy uznają go za nienaruszalną i nieprzemijalną świętość.
Brak warunków do (antyfeministycznego) życia
Jeśli antyfeministka ma dużo dzieci, to otoczenie atakuje ją z podwójną bezwzględnością. Ludzie dają popalić nie tylko jej, ale także jej mężowi, określanemu uwłaczającymi epitetami. Przyznam szczerze, że ja bym się bała zostać staroświecką housewife. Nie wiem, czy byłabym w stanie egzystować jako wyklęty przez wspólnotę parias - tym bardziej, że mogłoby się to odbić na ewentualnym dziecku. Złośliwości i drwiące uśmieszki mogłabym jeszcze znieść, ale nie zniosłabym prześladowania i wyszydzania mojego malucha.
Tutaj, w Polsce, po prostu nie ma warunków do życia według założeń antyfeminizmu. Dotyczy to zarówno kwestii ekonomicznych, jak i społecznych. Czym jak czym, ale Turcją to my nie jesteśmy! Uważam, że lepiej zostać bezdzietną starą panną niż założyć słabą (feministyczno-nowoczesną) rodzinę. Lepiej skazać się na wieczną samotność niż cierpieć jako odtrącona, wyśmiana, niezrozumiana i potępiona “kura domowa”.
Póki co, nie warto zakładać rodziny
Ostatnio zastanawiałam się nad tym, czy powinnam kiedyś założyć rodzinę. Doszłam do wniosku, że nie - właśnie ze względu na złą koniunkturę. Gdyby Rzeczpospolita Polska była normalnym krajem, to stworzenie klasycznej, zachowawczej, poukładanej, patriarchalnej rodziny byłoby możliwe. Niestety, nie jest i nic na to nie poradzę. Kolejna sprawa: jako matka, musiałabym się liczyć z tym, że moje dziecko będzie indoktrynowane (przez nauczycieli) euroentuzjastyczną i liberalną propagandą.
Czy chciałabym, by mój potomek chłonął w szkole takie treści? Czy chciałabym, by powoli zamieniał się w kosmopolitę, eurofederalistę i polonofoba? Czy chciałabym, by uczestniczył w lekcjach wychowania seksualnego (takich, o jakich marzy SLD i Ruch Palikota)? Czy chciałabym, by został opętany konformizmem, feminizmem i permisywizmem? Czy chciałabym, by na moich oczach przeobrażał się w mojego ideologicznego antagonistę? Oczywiście, że nie!
Szwecja Północna i Szwecja Południowa
Pewnie, że mogłabym samodzielnie uczyć malca patriotyzmu i konserwatyzmu (mit Matki Polki). Sęk w tym, że gdyby o moich nieprawomyślnych poglądach dowiedzieli się sąsiedzi, to mogliby oni wezwać opiekę społeczną i doprowadzić do odebrania mi praw rodzicielskich. Tak się bowiem składa, że w Polsce szwedzkie metody stają się coraz powszechniejsze i bardziej wyrafinowane. Władze zabrałyby mi dzieciaka, a następnie umieściłyby go w polskim odpowiedniku Egalii (placówki, w której wmawia się dzieciom, że płeć nie istnieje, a na każdą istotę ludzką mówi się “ono”).
Zatrważające, ale coraz bardziej prawdopodobne. Mogę cynicznie zażartować, że Europejczycy doczekali się dwóch podobnych krain: Szwecji Północnej i Szwecji Południowej. Różnica polega na tym, że rodzice z Północy nie mają kłopotów z utrzymaniem swojego potomstwa, a rodzice z Południa ledwo ciągną do “pierwszego“. My, naturalnie, jesteśmy Południem. Ubogim i pogrążonym w wewnętrznych niesnaskach.
Burrnesh - Dziewica Kanunu
Wniosek? Ze względu na niskie PKB, nietolerancyjne społeczeństwo, przynależność Polski do Unii Europejskiej i upodabnianie się naszej Ojczyzny do Szwecji nie powinnam zakładać własnej rodziny. Jedyne, co mi pozostaje, to zostać kimś w rodzaju Burrnesh, Dziewicy Kanunu (kobiety, która może funkcjonować tak jak mężczyzna, pod warunkiem, że zachowa czystość do końca życia). Wiem, że Polska to nie Albania, ale innego rozwiązania nie widzę.
Teoretycznie, mogłabym poślubić obcokrajowca i wyjechać za granicę. Są jednak trzy przeszkody. Pierwsza: nie znam żadnego obcokrajowca. Druga: nigdy nie wiadomo, jaka przyszłość i jakie reformy czekają obczyznę. Trzecia: miejsce Polki jest w Polsce. Emigracja może, choć nie musi, grozić wynarodowieniem i zobojętnieniem na sprawy ojczyste (znam Polonusów, którym wystarczyło około pięciu lat, żeby nabrać pogardliwego stosunku do Polski. Co ciekawe, jednocześnie zapomnieli oni o tym, jak się żyje w Kraju nad Wisłą).
Komunikaty werbalne i niewerbalne
Od 15 roku życia powtarzam, że w przyszłości najprawdopodobniej zostanę bezdzietną starą panną. Nie życzę sobie, żeby faceci mnie podrywali, toteż staram się ubierać i zachowywać tak, by nie rozpalać w nich cielesnego ognia (heh, gdybym mogła, najchętniej przebrałabym się za Afgankę! Ale tego ludzkość na pewno by nie strawiła! Poza tym, rasiści i antyterroryści mogliby mnie z kimś pomylić!). To, w jaki sposób jesteśmy postrzegani i traktowani przez innych ludzi, zależy bowiem nie tylko od naszych zapewnień, lecz również od tego, jakie ubrania nosimy, jakie gesty wykonujemy i jak reagujemy na rozmaite bodźce.
Każdy komunikolog potwierdzi, że oprócz komunikatów werbalnych istnieją jeszcze komunikaty niewerbalne. Nosząc skromne, proste, obudowane i aseksualne stroje, kieruję do mężczyzn pewien przekaz podprogowy - daję im do zrozumienia, że jestem niedostępna i nienastawiona na flirt czy seks. Sprawiam, że mogą oni skupić się na tym, co mam do przekazania, a nie na mojej fizyczności i powierzchowności. Nie jestem taka, jak pewna piosenkarka (chyba Beyonce), która z jednej strony skąpo się ubiera, a z drugiej - narzeka, że odbiorcy traktują ją jak obiekt seksualny.
Żeby wilk był syty, a owca cała
Wiem, że panowie są istotami niezwykle pobudliwymi płciowo. Nie mam jednak do nich pretensji, bo taki stan rzeczy wynika z ich samczej natury, a nie ze złej woli. Ukrywając swoją kobiecość, oszczędzam facetom stresu, rozczarowania i poczucia niespełnienia. Sama również na tym korzystam, bo dzięki przyzwoitemu wyglądowi udaje mi się uniknąć niechcianych zaczepek i niedwuznacznych propozycji. Gdybym założyła spódniczkę mini, a mężczyźni (ku mojemu utrapieniu) zaczęli mnie podrywać, to byłabym sama sobie winna.
Zostałabym ukarana za igranie z męską biologicznością, czyli za brak szacunku do siebie i płci przeciwnej. Przekonałabym się, że brak empatii względem bliźnich może się obrócić przeciwko mnie. Jeśli samica eksponuje swoją cielesność, to niech się nie dziwi, że samiec reaguje na to w typowo samczy sposób. My, ludzie, należymy do królestwa zwierząt, zatem jesteśmy niewolnikami pierwotnych i nieposkromionych instynktów. Feministki powinny wreszcie zrozumieć, że mężczyźni nie są płytcy, tylko specyficznie zaprogramowani przez Matkę Naturę.
Pouczające przeżycie z przeszłości
W tym, co czynię i piszę, nie ma absolutnie żadnej filozofii. To jest najzwyklejsza w świecie pamięć o prawach przyrody i właściwościach męskiego organizmu. Kiedy miałam 15 lub 16 lat, zdarzyło mi się - jeden, jedyny raz - założyć bardzo krótkie spodenki. Skutek był taki, że chłopcy gapili się na moje nogi, co strasznie mnie krępowało. Zrozumiałam wtedy, że szkodzę zarówno sobie, jak i im. Sobie - bo narażam się na dyskomfort, niepożądane umizgi lub coś jeszcze gorszego. Im - bo rozniecam w nich płomień, który ich parzy i zmusza do szukania ratunku.
Dziś jestem świadoma, że jeśli chcę, by faceci postrzegali mnie jako kumpla, to muszę wyglądać i postępować jak kumpel, a nie jak kobieta. Jestem jak albańskie Dziewice Kanunu, które - pragnąc robić to, co płeć silna - muszą zrezygnować ze swojej kobiecości. Przez szacunek do mężczyzn i ich uczuć. Przez dostosowanie się do ich świata. Przez głęboki respekt dla ich samczej tożsamości (jednocześnie potężnej i groźnej). Przez dążenie do zapobiegnięcia niezręcznym sytuacjom.
Albo kariera, albo rodzina
Dziewica Kanunu działa w męskiej rzeczywistości, więc jest poniekąd mężczyzną i nie może sobie pozwalać na niewieście zachowania ani na stosunki erotyczne z innymi mężczyznami. Reasumując… Jako antyfeministka, powinnam wyjść za mąż i wcielić się w rolę klasycznej housewife. W Polsce (Szwecji Południowej) nie ma jednak do tego warunków, dlatego egzystuję jako tutejsza Burrnesh. Od lat powtarzam, że kobieta, po ukończeniu szkoły lub studiów, powinna podjąć jednoznaczną decyzję: albo kariera, albo rodzina. Albo praca, albo związek z mężczyzną.
Albo aktywność w szerokim świecie, albo całkowite poświęcenie się domowi. Albo żywot zmaskulinizowanej panny, albo tradycyjna rola kobieca. Albo dożywotnie dziewictwo, albo patriarchalne małżeństwo. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że podobny pogląd głoszą od pokoleń Albańczycy. Kobieta nie powinna łączyć kariery z życiem rodzinnym, gdyż grozi to konfliktami, o jakich napisałam we wcześniejszej części artykułu. Szkoda, że gdy niewiasta wybiera klasyczny model życia, to grożą jej docinki ze strony “tolerancyjnych” feministek i feministów!
Magdalena Żuraw i Maria Helena
A teraz coś z zupełnie innej beczki. Chciałabym oficjalnie ustosunkować się do faktu, że niektórzy ludzie stawiają mnie w jednym szeregu z takimi postaciami jak Magdalena Żuraw czy Maria Helena. Te dwie publicystki, piszące kontrowersyjne teksty o roli kobiet w społeczeństwie, reprezentują całkiem inny antyfeminizm niż ja. MŻ i MH to autorki katolickie: jeśli popierają patriarchalizm, to tylko dlatego, że nakazuje im to religia oraz oparta na niej obyczajowość.
Ja zaś jestem ateistką, a wyznawana przeze mnie wersja antyfeminizmu ma charakter laicki, socjobiologiczny, naturalistyczny, darwinistyczny i racjonalistyczny. Poglądy, które głoszę, wypływają z obserwacji przyrody i z analizy zwierzęcej strony człowieka. Opowiadam się za rządami mężczyzn, ponieważ w naturze najwyższą pozycję zajmują osobniki męskie (samce są duże, silne, agresywne, energiczne i władcze. Dominują seksualnie nad samicami i płodzą potomstwo. Nie miesiączkują, nie tracą błony dziewiczej, nie zachodzą w ciążę, nie znają trudów związanych z porodem etc).
Magdalena Żuraw i Maria Helena nie interesują się ewolucjonizmem i nie piszą o fizjologicznych aspektach ludzkiego życia - może dlatego, że nie chcą, a może dlatego, że im nie wolno (w katolicyzmie występują tematy tabu, a uznawanie Homo sapiens za gatunek małpy jest zakazane). No, więc jak można kojarzyć mnie z tymi dwiema autorkami? Katolickie antyfeministki i ja to dwa zupełnie różne światy! Pewnie, że w niektórych kwestiach mówimy jednym głosem. Ale ich przekonania i moje teorie wypływają z całkowicie innych źródeł.
Dziękuję za lekturę mojego tekstu!
Natalia Julia Nowak,
1-4 lutego 2012 roku
PS. Dlaczego nie piszę nic o miłości? Bo miłość, szanowni Czytelnicy, nie istnieje. To, co wielu osobom jawi się jako najpiękniejsze i najgorętsze uczucie, jest efektem działania feromonów i fenyloetyloaminy. Te dwa dziwolągi na literę “f” są zwyczajnymi substancjami chemicznymi. Wyjaśnia to, skąd się wziął związek frazeologiczny “dobra chemia” (rozpowszechniony głównie wśród młodzieży).
PS 2. Jak już napisałam, jestem osobą niewierzącą, więc domyślną formą zawarcia małżeństwa jest dla mnie ślub cywilny. Gdybym miała wyjść za mąż, to zdecydowałabym się właśnie na uroczystość w Urzędzie Stanu Cywilnego. Ślub kościelny mija się z celem, ponieważ dokumenty nowożeńców i tak ostatecznie trafiają do USC (są tam wysyłane lub zanoszone przez duchownego). Podczas trwania związku małżeńskiego faktyczna władza nad mężem i żoną nie należy do księdza, tylko do państwa, dysponującego Kodeksem Cywilnym oraz Kodeksem Rodzinnym i Opiekuńczym. Małżeństwo jest wszak oficjalną i zarejestrowaną instytucją. KRO wypada znać, bo zawiera on kilka niebezpiecznych przepisów.
Przykładowo, kiedy mąż rozwodzi się z żoną, to jego małżonka przestaje być małżonką, ale teść pozostaje teściem do końca życia. Kolejna sprawa: jeśli po rozwodzie jedno z małżonków jest biedne, to ma prawo żądać od tego bogatszego alimentów. I to nie na dziecko, tylko na siebie. Kościół katolicki nie może zmusić oblubieńców do przestrzegania prawa kanonicznego, ale władze mogą ich zmusić do respektowania KRO i KC. Związkiem małżeńskim rządzi Rzeczpospolita Polska, a Rzeczpospolitą Polską - Unia Europejska. Pytanie za sto punktów: kto rządzi Unią Europejską? Illuminati? Dobra, żartuję! Nie mówcie, proszę, że jestem pozbawiona krztyny romantyzmu. Ja po prostu staram się być realistką. “Trzeba być w butach na weselu”, czyż nie?
04.02.2012 o godz. 12:34





