Wyniki wyszukiwania: honey blood
Znalezione filmy dla honey blood:
Brak.
Następnego dnia Jasper nie pojawił się w szkole. I albo Jerico odnosiła mylne wrażenie, albo członkowie jej rodziny zerkali na nią w stołówce. Ten duży chłopak, Emmet jak sobie przypomniała, najzwyczajniej się na nią gapił. Między kurczakiem a ryżem z jabłkami miała ochotę podejść do niego i zapytać, czy ma jakiś problem. Nawet siedząca przy niej Jane (która ponownie zapałała do niej chęcią, kiedy Danny poprosił o jej numer telefonu), poinformowała ją konspiracyjnym szeptem, że „ci Cullenowie” „mierzą ją wzrokiem”. Potem przyszedł Tony i zajęła się przygotowaniami do kolejnych lekcji.
Postanowiła, że sama dokończy referat. Nadal nie mogła otrząsnąć się po ostatnim spotkaniu z Jasperem – wbrew temu, jak kamienną twarz na zewnątrz zachowywała, to w środku szalały w niej sprzeczne emocje. Wiedziała, że musi zakończyć tę znajomość, dopóki nie wiedział o niej zbyt wiele. Z drugiej strony, nie mogła wymazać z pamięci wyrazu jego czarnych oczu i stanowczego dotyku.
Nabrała niemiłego przeczucia, że jej życie wewnętrzne niepokojąco zbliża się do harlequina. Zatęskniła za czasami, w których biegała z mieczem i zajmowała się nieco poważniejszymi sprawami niż zaczepkami sąsiada z ławki.
Cóż, jeśli chciała przeżyć, musiała wczuć się w swoją rolę.
- Opowiedz mi o Cullenach – poprosiła Tony’ego.
Stali właśnie na parkingu, Jerico z jedną nogą na pedale startowym swojego motoru, kiedy dwa lśniące samochody przejechały obok nich z cichym szumem ośmiocylindrowych silników. Na tyle dużego pickupa stał Emmet i po raz kolejny zmierzył ją wzrokiem.
- Jakiś problem? – zapytała głośno, ale zniknęli za zakrętem zanim słowa na dobre nie przebrzmiały w jej ustach.
- Zostaw ich – uspokoił ją Tony. – Nie warto z nimi zaczynać.
- Czemu? – podniosła głos – ta blondyna patrzy na mnie z czystą nienawiścią!
- To dziwacy – powiedział tylko. Po tych słowach uznał temat za zamknięty.
Wobec tego zajęła własną głowę innymi sprawami, na czele której stało przywrócenie do stanu jako takiej używalności małej jaskółki. Za pomocą patyczka od loda i dratwy usztywniła małej skrzydełko, ponadto wmuszała w nią wyskrobane spod kamienia w ogrodzie robactwo. ‘Wmuszała” było odpowiednim określeniem zważywszy na fakt, że pisklę zwracało podawane jedzenie, bez względu na rodzaj pokarmu i ilość.
Jerico właśnie rozchyliła jej dzióbek i na końcu ołówka podała tłustego mącznika. Gardziołko ptaszka zadrgało w konwulsjach i zwróciło larwę na biurko. Westchnęła zrezygnowana. Zdawała sobie sprawę, że jeśli nie zmusi małej do jedzenia, niebawem umrze z wycieńczenia. To był tylko mały ptak, nic więcej… powinna była ukręcić mu łebek i skrócić jego cierpienia. Powinna… gdyby nie istniało inne rozwiązanie.
Jej wzrok zatrzymał się na scyzoryku, którym strugała patyczek, żeby dopasować go rozmiarami do strzaskanej kości ramieniowej małej jaskółki. Pewna myśl przemknęła jej przez głowę, ale zaraz ją odrzuciła.
(gdyby tak)
to był zbyt prowizoryczny wypadek, żeby posuwać się do tak radykalnych kroków. Miała służyć konkretnej sprawie, nie
(użyć swoich zdolności)
ratować leśne zwierzęta. Nie była weterynarzem, była skromną, prowadzącą przeraźliwie monotonne, ale normalne życie uczennicą liceum.
Ptaszek zakwilił cicho i schował głowę w zdrowym skrzydle. Nie mogła nic na to poradzić. Umierał.
Owszem, mogła.
Westchnęła z rezygnacją. Zrobi to, ale ostatni raz. W końcu jaskółka nie była sobie winna, że spotkało ją takie nieszczęście, co nie?
Wyciągnęła rękę w stronę blatu biurka i chwyciła za scyzoryk. Właściwie bardziej wyglądał jak składany nóż, ale osoba od której go dostała twierdziła, że damom nie przystoi noszenie noży, tak więc uparcie trzymała się tego określenia. Miał ozdobną rączkę z polerowanej kości słoniowej i hartowane ostrze, wyślizgane przez lata ostrzenia. To był bardzo ostry scyzoryk. Sprawdzając to, oparła palec wskazujący na jego krawędzi.
Ostatni raz spojrzała na skulonego ptaka.
Wzruszyła ramionami i nacisnęła palec. Poczuła ostry ból, kiedy skóra rozstąpiła się pod naporem ostrza. Perlista kropla krwi natychmiast wyrosła w miejscu skaleczenia, a ból zastąpiło ciepłe pulsowanie.
Nachyliła się nad chorym i ponownie zmusiła go do otwarcia dzioba. Poczekała na moment, kiedy jego przełyk był otwarty i wycisnęła z rany kroplę krwi. Jedną. Ptaszek przełknął z oporem, ale nie zwrócił cieczy. Potrząsnął główką, jakby w zapiekło go w gardle, ale przytrzymała go jeszcze chwilę dopóki nie upewniła się, że przełknął całość. Kiedy kolejna kropla krwi stoczyła się po opuszku jej palca, ptak uniósł się chwiejnie na łapkach i łapczywie spił napój z powierzchni jej skóry. Trzecia kropla krwi, potem czwarta.
Patyczek od loda ze stukiem uderzył o podłogę, kiedy skrzydła wyprostowały się na całą szerokość i zatrzepotały, zrzucając z siebie resztę wiązania i bandażu.
- Toby było na tyle - mruknęła Jerico, nadstawiając wierzch dłoni dla lecącej jaskółki.
Postanowiła, że sama dokończy referat. Nadal nie mogła otrząsnąć się po ostatnim spotkaniu z Jasperem – wbrew temu, jak kamienną twarz na zewnątrz zachowywała, to w środku szalały w niej sprzeczne emocje. Wiedziała, że musi zakończyć tę znajomość, dopóki nie wiedział o niej zbyt wiele. Z drugiej strony, nie mogła wymazać z pamięci wyrazu jego czarnych oczu i stanowczego dotyku.
Nabrała niemiłego przeczucia, że jej życie wewnętrzne niepokojąco zbliża się do harlequina. Zatęskniła za czasami, w których biegała z mieczem i zajmowała się nieco poważniejszymi sprawami niż zaczepkami sąsiada z ławki.
Cóż, jeśli chciała przeżyć, musiała wczuć się w swoją rolę.
- Opowiedz mi o Cullenach – poprosiła Tony’ego.
Stali właśnie na parkingu, Jerico z jedną nogą na pedale startowym swojego motoru, kiedy dwa lśniące samochody przejechały obok nich z cichym szumem ośmiocylindrowych silników. Na tyle dużego pickupa stał Emmet i po raz kolejny zmierzył ją wzrokiem.
- Jakiś problem? – zapytała głośno, ale zniknęli za zakrętem zanim słowa na dobre nie przebrzmiały w jej ustach.
- Zostaw ich – uspokoił ją Tony. – Nie warto z nimi zaczynać.
- Czemu? – podniosła głos – ta blondyna patrzy na mnie z czystą nienawiścią!
- To dziwacy – powiedział tylko. Po tych słowach uznał temat za zamknięty.
Wobec tego zajęła własną głowę innymi sprawami, na czele której stało przywrócenie do stanu jako takiej używalności małej jaskółki. Za pomocą patyczka od loda i dratwy usztywniła małej skrzydełko, ponadto wmuszała w nią wyskrobane spod kamienia w ogrodzie robactwo. ‘Wmuszała” było odpowiednim określeniem zważywszy na fakt, że pisklę zwracało podawane jedzenie, bez względu na rodzaj pokarmu i ilość.
Jerico właśnie rozchyliła jej dzióbek i na końcu ołówka podała tłustego mącznika. Gardziołko ptaszka zadrgało w konwulsjach i zwróciło larwę na biurko. Westchnęła zrezygnowana. Zdawała sobie sprawę, że jeśli nie zmusi małej do jedzenia, niebawem umrze z wycieńczenia. To był tylko mały ptak, nic więcej… powinna była ukręcić mu łebek i skrócić jego cierpienia. Powinna… gdyby nie istniało inne rozwiązanie.
Jej wzrok zatrzymał się na scyzoryku, którym strugała patyczek, żeby dopasować go rozmiarami do strzaskanej kości ramieniowej małej jaskółki. Pewna myśl przemknęła jej przez głowę, ale zaraz ją odrzuciła.
(gdyby tak)
to był zbyt prowizoryczny wypadek, żeby posuwać się do tak radykalnych kroków. Miała służyć konkretnej sprawie, nie
(użyć swoich zdolności)
ratować leśne zwierzęta. Nie była weterynarzem, była skromną, prowadzącą przeraźliwie monotonne, ale normalne życie uczennicą liceum.
Ptaszek zakwilił cicho i schował głowę w zdrowym skrzydle. Nie mogła nic na to poradzić. Umierał.
Owszem, mogła.
Westchnęła z rezygnacją. Zrobi to, ale ostatni raz. W końcu jaskółka nie była sobie winna, że spotkało ją takie nieszczęście, co nie?
Wyciągnęła rękę w stronę blatu biurka i chwyciła za scyzoryk. Właściwie bardziej wyglądał jak składany nóż, ale osoba od której go dostała twierdziła, że damom nie przystoi noszenie noży, tak więc uparcie trzymała się tego określenia. Miał ozdobną rączkę z polerowanej kości słoniowej i hartowane ostrze, wyślizgane przez lata ostrzenia. To był bardzo ostry scyzoryk. Sprawdzając to, oparła palec wskazujący na jego krawędzi.
Ostatni raz spojrzała na skulonego ptaka.
Wzruszyła ramionami i nacisnęła palec. Poczuła ostry ból, kiedy skóra rozstąpiła się pod naporem ostrza. Perlista kropla krwi natychmiast wyrosła w miejscu skaleczenia, a ból zastąpiło ciepłe pulsowanie.
Nachyliła się nad chorym i ponownie zmusiła go do otwarcia dzioba. Poczekała na moment, kiedy jego przełyk był otwarty i wycisnęła z rany kroplę krwi. Jedną. Ptaszek przełknął z oporem, ale nie zwrócił cieczy. Potrząsnął główką, jakby w zapiekło go w gardle, ale przytrzymała go jeszcze chwilę dopóki nie upewniła się, że przełknął całość. Kiedy kolejna kropla krwi stoczyła się po opuszku jej palca, ptak uniósł się chwiejnie na łapkach i łapczywie spił napój z powierzchni jej skóry. Trzecia kropla krwi, potem czwarta.
Patyczek od loda ze stukiem uderzył o podłogę, kiedy skrzydła wyprostowały się na całą szerokość i zatrzepotały, zrzucając z siebie resztę wiązania i bandażu.
- Toby było na tyle - mruknęła Jerico, nadstawiając wierzch dłoni dla lecącej jaskółki.
29.08.2010 o godz. 13:52
komentuj (3)





