Wyniki wyszukiwania: do not!
Znalezione filmy dla do not!:
Brak.
Cudem zdołała zbiec z posiadłości Cullenów, tak, by nie zostawić po sobie żadnych śladów. Kiedy udało jej się bezkolizyjnie ześlizgnąć po powietrzu na ziemię, przyległa do muru budynku, tuż pod krótkim parapetem okien pierwszego piętra czekając, aż głosy na górze ucichną. Gdy tupot stóp przeniósł się w okolice schodów, oderwała się od budynku i zagłębiła w czarnej ścianie lasu. Upewniwszy się, że nie jest obserwowana, przedarła się do głównej ulicy i skierowała się w stronę miasta, chwiejąc się ze zmęczenia i stresu przeżytych emocji.
Nie mogła uwierzyć we własną głupotę.
Powinna się była tego domyślić w chwili, kiedy usiadła z nim w ławce, pierwszego dnia jej szkoły. Był zbyt idealny, żeby mógł należeć do ludzkiego gatunku.
Jerico przygryzła wierzch dłoni, tłumiąc łkanie.
Był wampirem. A już wydawało jej się, że… wtedy, gdy zaczął świecić…
Gdyby któryś Cullenów trafił w ręce jej oddziału dobry rok wcześniej, dziś byłby martwy. To było ich zadaniem: chronienie ludzi i mordowanie każdego, kto zagrażał bezpieczeństwu ludzkim jednostkom, zgodnie ze starym prawem derendo vita.
Miała dość Jaspera, tego, jak ingerował w jej życie i próbował nią kierować. Przyznawała jednak sama przed sobą, że w jakiś sposób schlebiała jej jego opiekuńczość i nie wykluczała, że kiedyś, w dalekiej przyszłości, mogłaby mu za to podziękować.
Teraz, gdy okazało się, że jedynym powodem, dla którego się nią interesował była służba Volturi, nie czuła niczego więcej, niż…
Właśnie, czego?
…zmęczenia. Wędrówka w gęstym poszyciu leśnym i przedzieraniu się po wilgotnych liściach między krzewami, a potem długi marsz po asfalcie ulicy, w połączeniu z przeżyciami minionych godzin dały o sobie znać. Kiedy dotarła do miasta, słaniała się na nogach ze zmęczenia.
Świtało, kiedy dotarła do rynku. Centrum Allegan powitało ją deszczem i pustymi ulicami, na po których przemknął od czasu do czasu ranny autobus. Ignorując strugi wody wlewające się jej za kołnierz bluzy i ściekające zimnymi ścieżkami po plecach, Jerico dotarła do budki telefonicznej i wykręciła pierwszy numer, jaki wydawał się jej w miarę bezpieczny.
Była pewna, że tamci dotarli do domu pani Marsh, czekając na jej powrót. Choć nie spodziewała się, że będą tak nieprzezorni, żeby uwierzyć w jej bezwarunkowy powrót do miejsca zamieszkania to przypuszczała, że któryś z nich będzie kręcił się w pobliżu. Dla pewności.
Drżącą z zimna ręką wygrzebała z kieszeni dżinsów kilka drobniaków i wsunęła je do aparatu.
- Odbierz – ponaglała go w myślach, wpatrując się bezmyślnie w ściany budki, w które uderzały pojedyncze krople deszczu. Chodnika po drugiej stronie ulicy niemal nie było widać, przez pionową ścianę wody.
Chwila ciszy i jeden sygnał. Drugi, potem trzeci.
Poczuła, że ogarnia ją irracjonalna wściekłość. Najpierw okłamał ją wmawiając jej, że Allegan jest wolne od krwiopijców, a teraz ignorował jej telefony. Oczywiście, zdawała sobie sprawę, że mogło istnieć tysiące powodów, dla których nie odbierał: mógł nie wziąć komórki do pracy, bądź najzwyczajniej w świecie spać. Bądź co bądź, dochodziła szósta rano. W tej chwili jednak nie czuła niczego, poza głodem i mokrym ubraniem, który zaczęło przylegać do jej wyziębionego ciała.
Łzy bezradności zebrały się w kącikach jej oczu.
- Odbierz, do cholery! – walnęła pięścią w obudowę telefonu, rozcierając sobie naskórek do krwi. Teraz do ssania w żołądku doszedł ból ręki. – Cholera jasna!
Abonament tymczasowo niedostępny, poinformował ją uprzejmie bezosobowy głos w telefonie.
Z trzaskiem odwiesiła słuchawkę na widełki, tłumiąc cisnące się jej na usta przekleństwa, w których słowo „cholera” należało do łagodniejszych.
Była sama, głodna i zmarznięta w zapadniętej dzielnicy niemal obcego jej miasta, z nieprzydatnym scyzorykiem i kilkoma centami w kieszeni, jako jedynym wyposażeniem. Nie miała dokąd iść, bowiem nie znała w Allegan nikogo, kto bez pytań przyjąłby pod swoim dachem nastoletniego włóczęgę w oblepionych błotem trampkach.
Chwileczkę… na pewno nie znalazłby się w tym mieście człowieka, który byłby tak szalony, że jej przygody wydawałyby mu się co najmniej protekcjonalne?
Naraz tknęło ją pewne przeczucie i serce zabiło jej mocniej z emocji. Pochyliła się nad szklaną ścianą budki i starła wierzchem dłoni warstwę pary, która osiadła się na niej pod wpływem jej gorącego oddechu.
Kształty budynków wydawały się jej znajome. Ta sama odrapana klatka… ten sam żelazny kosz na śmieci…
Ostrożnie wyszła z budki telefonicznej i podniosła głowę z niedowierzaniem. Nieświadome dotarcie tu graniczyło z cudem, a jednak jakimś przedziwnym trafem udało jej się tam dotrzeć.
Stała naprzeciwko kamienicy Czarującego Mike’a.
Ignorując ostrzegawcze lampki w jej głowie, po prostu przekroczyła ulicę i stanęła przed ciemnozielonymi drzwiami. Nie chciała zastanawiać się nad poszczególnymi aspektami tego kroku – jedyne, czego w tej chwili pragnęła, to znaleźć się w suchym pomieszczeniu i zjeść coś gorącego. Mike nie wyglądał na zabiedzonego – jeśli wytłumaczyłaby mu swoją sytuację, może otworzyłby dla niej swoją lodówkę.
Strzepując wodę z włosów, podniosła rękę, żeby zastukać kołatką, ale wrota same się przed nią rozchyliły w zapraszającym geście. Wzruszyła ramionami i przekroczyła próg. W tempie, o jakie by siebie nie podejrzewała, pokonała schody i znalazła się na czwartym piętrze. W nozdrza uderzył ją mdlący zapach mysich odchodów i próchniejącego drewna.
Postukała knykciami po drewnie ozdobnych drzwi.
Czekając na odzew, rozejrzała się znużonym wzrokiem po korytarzu. Nic się w nim nie zmieniło; boazeria nadal była porysowana i zakurzona, a na suficie rozkwitały ciemnorude plamy zacieków. Tylko wycieraczka pod jej stopami była mokra, jakby kilka par zabłoconych butów wchodziło przed nią do mieszkania.
Zanim zdążyła wyciągnąć z tego wnioski, drzwi na prawo od niej rozchyliły się i stanął w nich Czarujący Mike.
Tym razem nie miał na sobie puchatego szlafroka, tylko spodnie w szkocką kratę i koszulę w krzykliwy wzorek, najwyraźniej szykowną w jego zamierzeniu.
- Właź – powiedział, obrzucając ją taksującym spojrzeniem.
Usiłując ukryć zaskoczenie, oderwała spojrzenie od zamkniętych drzwi przed jej nosem i postąpiła kilka kroków w jego stronę.
- Potrzebuję pomocy, Mike.
Kiedy wkroczyła do mieszkania, ten jak gdyby nic zamknął za nią drzwi i powiedział, przypalając papierosa:
- Ktoś na ciebie czeka – nie czekając na jej odpowiedź, skierował się w stronę czegoś, co wyglądało na salon.
Uśmiech niedowierzania rozjaśnił jej twarz, ale zaraz zgasł na wspomnienie kłamstw.
- Tony? – zapytała. – Tony tu jest? – dreptała za nim, z oczami wlepionymi w jego szczupłe plecy, kiedy szli przez korytarz – próbowałam się do niego dodzwonić, ale…
W tym momencie dotarli do salonu i znieruchomiała, sparaliżowana strachem. Wiodła oczami od Mike, w tej chwili leniwie zaciągającego się papierosem i osobami, które rozsiadły się na obitych dekoracyjnymi poduszkami krzesłach, nie mogąc dostrzec związku między widokiem tych dwóch skrajnych środowisk w jednym pomieszczeniu.
- Będzie dla nas zaszczytem gościć cię w naszym domu – powiedział Carlisle Cullen, uśmiechając się ostrożnie.
Nie mogła uwierzyć we własną głupotę.
Powinna się była tego domyślić w chwili, kiedy usiadła z nim w ławce, pierwszego dnia jej szkoły. Był zbyt idealny, żeby mógł należeć do ludzkiego gatunku.
Jerico przygryzła wierzch dłoni, tłumiąc łkanie.
Był wampirem. A już wydawało jej się, że… wtedy, gdy zaczął świecić…
Gdyby któryś Cullenów trafił w ręce jej oddziału dobry rok wcześniej, dziś byłby martwy. To było ich zadaniem: chronienie ludzi i mordowanie każdego, kto zagrażał bezpieczeństwu ludzkim jednostkom, zgodnie ze starym prawem derendo vita.
Miała dość Jaspera, tego, jak ingerował w jej życie i próbował nią kierować. Przyznawała jednak sama przed sobą, że w jakiś sposób schlebiała jej jego opiekuńczość i nie wykluczała, że kiedyś, w dalekiej przyszłości, mogłaby mu za to podziękować.
Teraz, gdy okazało się, że jedynym powodem, dla którego się nią interesował była służba Volturi, nie czuła niczego więcej, niż…
Właśnie, czego?
…zmęczenia. Wędrówka w gęstym poszyciu leśnym i przedzieraniu się po wilgotnych liściach między krzewami, a potem długi marsz po asfalcie ulicy, w połączeniu z przeżyciami minionych godzin dały o sobie znać. Kiedy dotarła do miasta, słaniała się na nogach ze zmęczenia.
Świtało, kiedy dotarła do rynku. Centrum Allegan powitało ją deszczem i pustymi ulicami, na po których przemknął od czasu do czasu ranny autobus. Ignorując strugi wody wlewające się jej za kołnierz bluzy i ściekające zimnymi ścieżkami po plecach, Jerico dotarła do budki telefonicznej i wykręciła pierwszy numer, jaki wydawał się jej w miarę bezpieczny.
Była pewna, że tamci dotarli do domu pani Marsh, czekając na jej powrót. Choć nie spodziewała się, że będą tak nieprzezorni, żeby uwierzyć w jej bezwarunkowy powrót do miejsca zamieszkania to przypuszczała, że któryś z nich będzie kręcił się w pobliżu. Dla pewności.
Drżącą z zimna ręką wygrzebała z kieszeni dżinsów kilka drobniaków i wsunęła je do aparatu.
- Odbierz – ponaglała go w myślach, wpatrując się bezmyślnie w ściany budki, w które uderzały pojedyncze krople deszczu. Chodnika po drugiej stronie ulicy niemal nie było widać, przez pionową ścianę wody.
Chwila ciszy i jeden sygnał. Drugi, potem trzeci.
Poczuła, że ogarnia ją irracjonalna wściekłość. Najpierw okłamał ją wmawiając jej, że Allegan jest wolne od krwiopijców, a teraz ignorował jej telefony. Oczywiście, zdawała sobie sprawę, że mogło istnieć tysiące powodów, dla których nie odbierał: mógł nie wziąć komórki do pracy, bądź najzwyczajniej w świecie spać. Bądź co bądź, dochodziła szósta rano. W tej chwili jednak nie czuła niczego, poza głodem i mokrym ubraniem, który zaczęło przylegać do jej wyziębionego ciała.
Łzy bezradności zebrały się w kącikach jej oczu.
- Odbierz, do cholery! – walnęła pięścią w obudowę telefonu, rozcierając sobie naskórek do krwi. Teraz do ssania w żołądku doszedł ból ręki. – Cholera jasna!
Abonament tymczasowo niedostępny, poinformował ją uprzejmie bezosobowy głos w telefonie.
Z trzaskiem odwiesiła słuchawkę na widełki, tłumiąc cisnące się jej na usta przekleństwa, w których słowo „cholera” należało do łagodniejszych.
Była sama, głodna i zmarznięta w zapadniętej dzielnicy niemal obcego jej miasta, z nieprzydatnym scyzorykiem i kilkoma centami w kieszeni, jako jedynym wyposażeniem. Nie miała dokąd iść, bowiem nie znała w Allegan nikogo, kto bez pytań przyjąłby pod swoim dachem nastoletniego włóczęgę w oblepionych błotem trampkach.
Chwileczkę… na pewno nie znalazłby się w tym mieście człowieka, który byłby tak szalony, że jej przygody wydawałyby mu się co najmniej protekcjonalne?
Naraz tknęło ją pewne przeczucie i serce zabiło jej mocniej z emocji. Pochyliła się nad szklaną ścianą budki i starła wierzchem dłoni warstwę pary, która osiadła się na niej pod wpływem jej gorącego oddechu.
Kształty budynków wydawały się jej znajome. Ta sama odrapana klatka… ten sam żelazny kosz na śmieci…
Ostrożnie wyszła z budki telefonicznej i podniosła głowę z niedowierzaniem. Nieświadome dotarcie tu graniczyło z cudem, a jednak jakimś przedziwnym trafem udało jej się tam dotrzeć.
Stała naprzeciwko kamienicy Czarującego Mike’a.
Ignorując ostrzegawcze lampki w jej głowie, po prostu przekroczyła ulicę i stanęła przed ciemnozielonymi drzwiami. Nie chciała zastanawiać się nad poszczególnymi aspektami tego kroku – jedyne, czego w tej chwili pragnęła, to znaleźć się w suchym pomieszczeniu i zjeść coś gorącego. Mike nie wyglądał na zabiedzonego – jeśli wytłumaczyłaby mu swoją sytuację, może otworzyłby dla niej swoją lodówkę.
Strzepując wodę z włosów, podniosła rękę, żeby zastukać kołatką, ale wrota same się przed nią rozchyliły w zapraszającym geście. Wzruszyła ramionami i przekroczyła próg. W tempie, o jakie by siebie nie podejrzewała, pokonała schody i znalazła się na czwartym piętrze. W nozdrza uderzył ją mdlący zapach mysich odchodów i próchniejącego drewna.
Postukała knykciami po drewnie ozdobnych drzwi.
Czekając na odzew, rozejrzała się znużonym wzrokiem po korytarzu. Nic się w nim nie zmieniło; boazeria nadal była porysowana i zakurzona, a na suficie rozkwitały ciemnorude plamy zacieków. Tylko wycieraczka pod jej stopami była mokra, jakby kilka par zabłoconych butów wchodziło przed nią do mieszkania.
Zanim zdążyła wyciągnąć z tego wnioski, drzwi na prawo od niej rozchyliły się i stanął w nich Czarujący Mike.
Tym razem nie miał na sobie puchatego szlafroka, tylko spodnie w szkocką kratę i koszulę w krzykliwy wzorek, najwyraźniej szykowną w jego zamierzeniu.
- Właź – powiedział, obrzucając ją taksującym spojrzeniem.
Usiłując ukryć zaskoczenie, oderwała spojrzenie od zamkniętych drzwi przed jej nosem i postąpiła kilka kroków w jego stronę.
- Potrzebuję pomocy, Mike.
Kiedy wkroczyła do mieszkania, ten jak gdyby nic zamknął za nią drzwi i powiedział, przypalając papierosa:
- Ktoś na ciebie czeka – nie czekając na jej odpowiedź, skierował się w stronę czegoś, co wyglądało na salon.
Uśmiech niedowierzania rozjaśnił jej twarz, ale zaraz zgasł na wspomnienie kłamstw.
- Tony? – zapytała. – Tony tu jest? – dreptała za nim, z oczami wlepionymi w jego szczupłe plecy, kiedy szli przez korytarz – próbowałam się do niego dodzwonić, ale…
W tym momencie dotarli do salonu i znieruchomiała, sparaliżowana strachem. Wiodła oczami od Mike, w tej chwili leniwie zaciągającego się papierosem i osobami, które rozsiadły się na obitych dekoracyjnymi poduszkami krzesłach, nie mogąc dostrzec związku między widokiem tych dwóch skrajnych środowisk w jednym pomieszczeniu.
- Będzie dla nas zaszczytem gościć cię w naszym domu – powiedział Carlisle Cullen, uśmiechając się ostrożnie.
21.09.2010 o godz. 18:51
komentuj (1)
Siedziała przy kuchennym stole i rozpamiętywała wydarzenia zeszłego wieczoru.
Około godziny dwudziestej trzeciej wróciła z długiego spaceru po lesie w sam raz, żeby trafić w środek domowej awantury.
Właśnie zdejmowała w przedpokoju buty, kiedy doszły ją pierwsze krzyki:
- To nie jest człowiek! To diabelstwo!
Rozpoznała głos swojego ojca. Wbiegła do salonu i zobaczyła cała rodzinę skupioną wokół Jaspera, przy czym Edward stał naprzeciwko niego w oskarżycielskiej pozie.
- Nie waż się o niej tak mówić – warknął. Emmet uspokajającym gestem położył mu rękę na ramieniu.
- Spokojnie, Jazz.
- Nie czułeś tego – powiedział cicho Edward. Jego głowa była obwiązana bandażem, a w okolicy skroni prześwitywała niewyraźna plama czerwieni. - To było tak, jakby w mojej czaszce wybuchł fajerwerk.
Na Boga, jej ojciec był wampirem, nie kruchym człowieczkiem! Co musiało się wydarzyć, żeby doznał ran? Jaka siła wyrządziła mu namacalną krzywdę?
- Co ci się stało? – zapytała i nagle oczy zgromadzonych zwróciły się w jej stronę, zauważając jej obecność. – Kto ci to zrobił, Edwardzie?
Bella wymieniła szybkie spojrzenia z Esme.
- Wyjdź, Renesmee – powiedziała stanowczo.
- Nie rozkazuj mi! – wykrzyknęła. Reszta obserwowała ją w milczeniu, tylko Aleksyn uśmiechał się pod nosem z ironią. – Przestańcie traktować mnie jak dziecko, mam prawo wiedzieć, co się dzieje!
Spojrzała na Jaspera, szukając w nim poparcia, ale ten utkwił wzrok w podłodze.
Jej matka spiorunowała ją wzrokiem i już otwierała usta, żeby jednym celnym słowem zburzyć kruchy bastion jej niezależności, kiedy Jasper się odezwał.
- Dajcie mi kilka dni – nadal patrzył w podłogę. – Pozwólcie mi ją przekonać.
Potem Carlisle skinął potakująco głową, a ona zastanawiała się całą noc i tego ranka:
Kim była ta, dla której Jasper ryzykował dobre stosunki z własną rodziną?
Skrzypnęły drzwi i w kuchni pojawił się Aleksyn. Niedbale trzymał w ręku coś puchatego i przy bliższym poznaniu dostrzegła małego kotka.
Zareagowała typowo dla osobnika płci żeńskiej na widok puszystego stworzonka.
- Kociaczek! – krzyknęła z zachwytem, patrząc, jak zwierzątko tuli się do jego piersi, kiedy wyjmował z szafki koktajlową szklankę – Skąd go masz, jest…
Nie zwracając na nią uwagi, Aleksyn jednym stanowczym gestem ukręcił mu łebek.
Krzyknęła ze zgrozą. Nieświadomy jej zszokowanej reakcji, ujął palcami jednej ręki główkę, a drugą chwycił za zmiękczały korpus.
- Coś się stało? – spojrzał przez ramię, zajęty wyciskaniem krwi z kociej tętnicy do szklanki. Lśniąca ciecz trysnęła cienkim strumyczkiem i spłynęła po szkle. Kiedy ciśnienie spadło, wzmocnił uścisk i strzępki czegoś czarnego oderwały się od martwego ciała – a, kotek. Biegał po drodze, pewnie sąsiadów.
Niezdolna do żadnego słowa, potrząsnęła tylko głową.
W tej chwili wszedł Jasper. Jego wzrok prześlizgnął się po wnętrzu kuchni i zatrzymał na Aleksynie, w tej chwili wrzucającego kocie truchło do kosza na śmieci.
- Rany – skrzywił się z niesmakiem. – Mógłbyś przygotowywać swoje śniadanie w bardziej odosobnionym miejscu?
- Dobra, dobra – zrzędził Aleksyn, łapiąc szklankę i obrażonym krokiem skierował się w stronę wyjścia. – Bo kuchnia nie służy do jedzenia.
Zauważyła, że Jasper ma na sobie kurtkę, na tej podstawie skonstatowała, że wybiera się do miasta, nie na polowanie: wampiry nie czuły zimna i w pewnych sytuacjach nie zaprzątały sobie głowy takimi drobiazgami jak wierzchnie odzienie.
Z trudem oderwała wzrok od poplamionej szafki.
- Wybierasz się gdzieś? – zapytała.
- Muszę coś załatwić – odpowiedział.
Około godziny dwudziestej trzeciej wróciła z długiego spaceru po lesie w sam raz, żeby trafić w środek domowej awantury.
Właśnie zdejmowała w przedpokoju buty, kiedy doszły ją pierwsze krzyki:
- To nie jest człowiek! To diabelstwo!
Rozpoznała głos swojego ojca. Wbiegła do salonu i zobaczyła cała rodzinę skupioną wokół Jaspera, przy czym Edward stał naprzeciwko niego w oskarżycielskiej pozie.
- Nie waż się o niej tak mówić – warknął. Emmet uspokajającym gestem położył mu rękę na ramieniu.
- Spokojnie, Jazz.
- Nie czułeś tego – powiedział cicho Edward. Jego głowa była obwiązana bandażem, a w okolicy skroni prześwitywała niewyraźna plama czerwieni. - To było tak, jakby w mojej czaszce wybuchł fajerwerk.
Na Boga, jej ojciec był wampirem, nie kruchym człowieczkiem! Co musiało się wydarzyć, żeby doznał ran? Jaka siła wyrządziła mu namacalną krzywdę?
- Co ci się stało? – zapytała i nagle oczy zgromadzonych zwróciły się w jej stronę, zauważając jej obecność. – Kto ci to zrobił, Edwardzie?
Bella wymieniła szybkie spojrzenia z Esme.
- Wyjdź, Renesmee – powiedziała stanowczo.
- Nie rozkazuj mi! – wykrzyknęła. Reszta obserwowała ją w milczeniu, tylko Aleksyn uśmiechał się pod nosem z ironią. – Przestańcie traktować mnie jak dziecko, mam prawo wiedzieć, co się dzieje!
Spojrzała na Jaspera, szukając w nim poparcia, ale ten utkwił wzrok w podłodze.
Jej matka spiorunowała ją wzrokiem i już otwierała usta, żeby jednym celnym słowem zburzyć kruchy bastion jej niezależności, kiedy Jasper się odezwał.
- Dajcie mi kilka dni – nadal patrzył w podłogę. – Pozwólcie mi ją przekonać.
Potem Carlisle skinął potakująco głową, a ona zastanawiała się całą noc i tego ranka:
Kim była ta, dla której Jasper ryzykował dobre stosunki z własną rodziną?
Skrzypnęły drzwi i w kuchni pojawił się Aleksyn. Niedbale trzymał w ręku coś puchatego i przy bliższym poznaniu dostrzegła małego kotka.
Zareagowała typowo dla osobnika płci żeńskiej na widok puszystego stworzonka.
- Kociaczek! – krzyknęła z zachwytem, patrząc, jak zwierzątko tuli się do jego piersi, kiedy wyjmował z szafki koktajlową szklankę – Skąd go masz, jest…
Nie zwracając na nią uwagi, Aleksyn jednym stanowczym gestem ukręcił mu łebek.
Krzyknęła ze zgrozą. Nieświadomy jej zszokowanej reakcji, ujął palcami jednej ręki główkę, a drugą chwycił za zmiękczały korpus.
- Coś się stało? – spojrzał przez ramię, zajęty wyciskaniem krwi z kociej tętnicy do szklanki. Lśniąca ciecz trysnęła cienkim strumyczkiem i spłynęła po szkle. Kiedy ciśnienie spadło, wzmocnił uścisk i strzępki czegoś czarnego oderwały się od martwego ciała – a, kotek. Biegał po drodze, pewnie sąsiadów.
Niezdolna do żadnego słowa, potrząsnęła tylko głową.
W tej chwili wszedł Jasper. Jego wzrok prześlizgnął się po wnętrzu kuchni i zatrzymał na Aleksynie, w tej chwili wrzucającego kocie truchło do kosza na śmieci.
- Rany – skrzywił się z niesmakiem. – Mógłbyś przygotowywać swoje śniadanie w bardziej odosobnionym miejscu?
- Dobra, dobra – zrzędził Aleksyn, łapiąc szklankę i obrażonym krokiem skierował się w stronę wyjścia. – Bo kuchnia nie służy do jedzenia.
Zauważyła, że Jasper ma na sobie kurtkę, na tej podstawie skonstatowała, że wybiera się do miasta, nie na polowanie: wampiry nie czuły zimna i w pewnych sytuacjach nie zaprzątały sobie głowy takimi drobiazgami jak wierzchnie odzienie.
Z trudem oderwała wzrok od poplamionej szafki.
- Wybierasz się gdzieś? – zapytała.
- Muszę coś załatwić – odpowiedział.





