Wyniki wyszukiwania: accident
Znalezione filmy dla accident:
Brak.
Spóźniała się. Było co prawda dopiero pięć po czwartej wietrznego sobotniego popołudnia, ale już zaczynał się niepokoić.
Przejmowanie się nieistotnymi dotychczas rzeczami, było najlepszą miarą jego rosnącego zepsucia wewnętrznego.
Mówiąc oględniej, głupiał.
Siedział w samochodzie, stukając niecierpliwie palcami o kierownicę i wpatrując się w posępny brudnoszary budynek, kiedy jakaś drobna postać wyskoczyła z wąskich drzwi. Postać podskakiwała na jednej nodze i w biegu wciągała na siebie coś, co przy bliższych oględzinach okazało się być dżinsami w kolorze indygo.
Osóbka podskoczyła ostatni raz, zgrabnie wbijając uda w nogawki spodni i rozejrzała się po parkingu.
To była Jerico.
Zauważyła go i niepewnie skierowała się w jego stronę, po drodze zapinając rozporek. Całkiem przypadkowo zarejestrował, że pod spodniami miała coś na kształt szkarłatnych bokserek.
Nagle zza rogu lokalu chwiejnym krokiem wyszło kilku mężczyzn i jeden z nich krzyknął coś do niej. Natychmiast skuliła się i przyspieszyła, w obawie przed kolejnymi zaczepkami.
- Hej, mała! – słowa „nie dość trzeźwi” nie oddawały w pełni ich stanu. Faceci byli zalani w trupa i najwyraźniej szukali ustronnego miejsca na publiczną toaletę.
Jasper wyszedł z samochodu, ostentacyjnie zaznaczając swoją obecność.
- Nic się nie stało – odpowiedział na jej przepraszający uśmiech. – Przed chwilą przyjechałem.
Na jego widok tamci odwrócili wzrok i skierowali się w swoją stronę, w poszukiwaniu wygodniejszego miejsca do załatwienia potrzeb. Widocznie to nie był ich najlepszy dzień na podryw.
Otworzył jej drzwi auta i przekonawszy się, że wygodnie siedzi, zamknął je i usiadł za kierownicą.
W środku dostrzegł nienaturalną bladość jej skóry i nieruchomy wzrok.
- Coś się stało? – rzucił, odpalając silnik.
Drgnęła, jakby wyrwana z zamyślenia (dałbym wiele, żeby wiedzieć co ci chodzi po głowie, przemknęło mu natychmiast przez głowę) i potrząsnęła głową.
- Nic takiego – odparła, siląc się na naturalny ton. Roześmiała się cicho – małe urwanie głowy.
- Acha – skwitował.
Nie przychodziło mu do głowy nic interesującego do powiedzenia. Zazwyczaj nie miał problemów z rozpoczynaniem rozmów, ale najwyraźniej tego dnia wyczerpał się jego zapas błyskotliwych tematów. Zamiast tego włączył radio.
- Gdzie jedziemy? – zapytał przy cichym wtórze falsetu Matta Bellamy’ego.
- Ach. No tak – czy ta dziewczyna naprawdę nie myślała o tym spotkaniu? Jej rozkojarzona mina wskazywałoby na to. Poczuł się urażony – Jeśli o to chodzi, to niedaleko jest Zebra.
- Pierwsze słyszę – faktycznie, nigdy nie słyszał o tym miejscu. Z drugiej strony, rzadko wybierał się do miasta w celach pracy nad referatem, ściślej rzecz ujmując, był to jego pierwszy raz, więc trudno było usprawiedliwiać to ignorancją – to gdzieś w centrum?
- Mniej więcej. Jeśli zatrzymamy się na parkingu obok poczty, będziemy mieli kilka kroków.
Przytaknął. Mniej więcej wiedział, o jakie miejsce chodzi.
W tej chwili w głośnikach zabrzmiały pierwsze takty Killing yourself... Sabbathów i odruchowo sięgnął ręką do regulatora głośności, żeby ściszyć. W aucie zawsze nastawiał radio na Rock Last, ale reszta zwykle czuła się urażona jego gustem muzycznym, tak więc odruchowo reagował przy kilku mocniejszych kawałkach. Tym bardziej zdziwiła go reakcja Jerico.
- Zostaw! – trzepnęła go po ręce. – Niech leci.
Czując się jak niesforny małolat, skarcony za zabranie pilota od telewizora starszemu bratu, zapytał tylko:
- Lubisz taką muzykę?
Do licha, dostał po łapach! I to od kogo?
Wychyliła się do przodu, omiatając włosami deskę rozdzielczą i przekręciła gałkę do góry. Wnętrze samochodu wypełniło się energicznymi riffami Iommiego.
- Ba, uwielbiam!
I zaczęła śpiewać:
Nie miał pojęcia, jak ma zareagować na śpiewającą osobę w jego samochodzie. Wyjrzał nerwowo przez okno, obawie przed zobaczeniem gapiących się na nich przechodni, ale póki co, wszyscy zdawali się być pochłonięci swoimi sprawami.
Zerknął na nią z boku i roześmiała się, widząc jego zdziwione spojrzenie. Potrząsnęła głową w rytm gitary i w nozdrza uderzył go znajomy świeży zapach.
Nie spostrzegł się, kiedy na usta wpłynął mu szeroki uśmiech. Musiał to przyznać: miała naprawdę ładny głos.
Zatrzymali się na światłach. Przechodzący przez pasy mężczyzna w średnim wieku omal nie potknął się o własne buty, na widok dziwnej pary w land roverze. Chłopak o wyglądzie anioła śmiał się w głos za kierownicą, a jego partnerka machała głową przy wtórze donośnego ryku: Zabijasz się, by żyyyć!
Zatrzymali się przed budynkiem poczty i wysiedli z samochodu, zataczając się z uciechy.
- To gdzie teraz? – zapytał, uspokoiwszy w końcu oddech.
Zakręciła się wokół własnej osi i naszło go dziwne uczucie rozczulenia, kiedy na nią patrzył. Szybko się z tego otrząsnął i spojrzał we wskazanym przez nią kierunku.
- Gdzieś w tamtą stronę – stwierdziła.
Szybko okazało się, że to jednak nie ta droga i musieli się wrócić, po to, żeby dowiedzieć się od kobiety na chodniku, że lokal „Zebra” został zlikwidowany pół roku temu i na jego miejscu znajduje się zakład pogrzebowy. Wobec tego postanowili wejść do pierwszego lepszego miejsca, jakie spotkają, pod warunkiem, że nie będzie to kostnica. W tym czasie zdążył rozpadać się deszcz i zanim dotarli do pizzerii, byli cali mokrzy.
- Przepraszam – powiedziała Jerico wyciskając wodę z włosów i sadowiąc się na kanapie. – Mówiono mi, że to pewne miejsce.
- Nie ma sprawy – odparł. – Sam nie orientuję się w tych terenach.
Rozejrzał się po lokalu. Wydawało mu się, że trafili całkiem nieźle – choć roiło się od różowych zasłon i miękkich siedzeń, pizzeria nie sprawiała wrażenia miejsca, w którym do ciasta dodaje się wydzielinę z nosa.
- Zjesz coś? – zwróciła się do niego.
Uprzejmie zaprzeczył.
Niechętnym krokiem podszedł do nich kelner, jednak na widok Jerico, rozpinającej w tej chwili bluzę, podejrzanie się ożywił.
Napotykając spojrzenie Jaspera, natychmiast powrócił do poprzedniego stanu.
- Witam serdecznie w naszej pizzerii – wyrecytował. – Dzisiejsze danie dnia…
Jerico machnęła ręką i Jasper dostrzegł rąbek bandaża, wystający z rękawa.
- Nieważne co, byle było z salami – przerwała mu.
- Dziś tylko kanapki, proszę pani.
- Wszystko jedno, byle szybko. Padam z głodu.
- Do picia?
- Wytrawne wino – przewróciła oczami. – Cola, co za pytanie. A ty? – spojrzała pytająco na Jaspera.
- To samo.
Chłopak odszedł, wyraźnie urażony.
Odprowadziwszy go wzrokiem, oparła podbródek na dłoni i spojrzała mu prosto w oczy.
- Myślałeś w ogóle nad tym tematem?
Odkrył coś nowego w jej oczach: w jej źrenicach mieszały się różnorodne barw zieleni, tworząc niesamowitą mieszankę szmaragdowych odcieni. Rozpraszała go tym spojrzeniem.
- Będąc szczery, nie bardzo – odpowiedział.
Roześmiała się. Coraz bardziej podobał mu się ten dźwięk.
- Ja też nie – kelner wrócił i poczekała, aż rozstawi talerz z kanapkami i szklanki z napojem. Kiedy zostawił ich samych, dodała – ale wypadałoby zacząć. Na pewno nie jesteś głodny?
Był, nawet bardzo. Obawiał się jednak, że jego pojęcie apetytu nieco odbiegało od jej wyobrażeń.
Pokręcił przecząco głową.
- Trzymam za słowo – ugryzła kanapkę. Parsknęła, speszona jego spojrzeniem i musiała otrzeć kącik ust palcem, żeby nie ubrudzić krańca bluzy. – Przestań! Nie mogę się skupić.
- Na jedzeniu? – uśmiechnął się złośliwie.
Strzepała na niego drobinki chleba z palców i zasłonił się ręką, żeby nie dostać z okruszka w oko.
- Żarty żartami – nabrała poważnego tonu i w starym jak świat geście podwinęła rękawy bluzy – musimy zacząć działać.
- Wiec… Masz jakieś pomysły odnośnie szaleństwa pani Makbet? – zapytał. – Jakieś suge…
Urwał, kiedy jego spojrzenie padło na nagie przedramiona Jerico. Moment wcześniej nie przeoczył takiego szczegółu, jak koniec bandaża sterczący spod materiału okrycia i był przekonany, że musiała nadwyrężyć któryś z mięśni – często zdarzało się, że ludzie uciskali nadgarstki elastycznymi materiałami. Teraz jednak, prawdopodobnie pod wpływem energicznego ruchu, bandaż obsunął się, ukazując poznaczoną szramami skórę.
Nie poznaczoną. Zmasakrowaną.
Wyglądało to tak, jakby czyjaś silna ręka chwyciła za nóż i przeorała ostrzem wzdłuż ciało, zagłębiając się w nie po samą rączkę.
Ich układ wskazywał na to, że mogła je zrobić tylko jedna osoba. Ona sama.
Nie zastanawiając się nad swoimi odruchami, wyciągnął dłoń przed stolik i chwycił ją za rękę.
Było tam coś jeszcze. Na samej górze, w zagłębieniu łokcia tkwiło jeszcze jedno znamię, o znanym mu kolistym kształcie.
- Co ty…
- Kto ci to zrobił? – ostry ton w jego głosie sprawił, że obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem, ale napotkała źródło jego uwagi i usiłowała się wyrwać. Przytrzymał ją, zmuszając do spojrzenia mu w oczy – kto ci to zrobił, Jerico?
Odwróciła twarz.
- Muszę to wiedzieć – jego głos nabrał ostrych tonów. – Skąd masz te blizny?
Spojrzała mu w oczy. Uderzyła go siła tego spojrzenia: było w nim tyle nienawiści, że mimowolnie rozluźnił uścisk.
- Nie zbliżaj się do mnie – wysyczała.
TRZASK!
Okno za nimi eksplodowało, obsypując blat fontanną odłamków.
- CHOLERA JASNA! – zerwała się na równe nogi. Nie patrząc na niego, znieruchomiałego wbitego w kanapę, powtórzyła – po prostu nie zbliżaj się do mnie.
I ostatni raz obciągając rękawy bluzy, wybiegła przez otwarte drzwi prosto w deszcz.
Jasper zignorował kelnera, krzyczącego coś o kosztach naprawy i wszystkich ludzi, którzy zebrali się na środku lokalu. W jednej chwili znalazł się na ulicy.
Nie licząc samotnego skrawka bandaża w kałuży, była idealnie pusta.
Przejmowanie się nieistotnymi dotychczas rzeczami, było najlepszą miarą jego rosnącego zepsucia wewnętrznego.
Mówiąc oględniej, głupiał.
Siedział w samochodzie, stukając niecierpliwie palcami o kierownicę i wpatrując się w posępny brudnoszary budynek, kiedy jakaś drobna postać wyskoczyła z wąskich drzwi. Postać podskakiwała na jednej nodze i w biegu wciągała na siebie coś, co przy bliższych oględzinach okazało się być dżinsami w kolorze indygo.
Osóbka podskoczyła ostatni raz, zgrabnie wbijając uda w nogawki spodni i rozejrzała się po parkingu.
To była Jerico.
Zauważyła go i niepewnie skierowała się w jego stronę, po drodze zapinając rozporek. Całkiem przypadkowo zarejestrował, że pod spodniami miała coś na kształt szkarłatnych bokserek.
Nagle zza rogu lokalu chwiejnym krokiem wyszło kilku mężczyzn i jeden z nich krzyknął coś do niej. Natychmiast skuliła się i przyspieszyła, w obawie przed kolejnymi zaczepkami.
- Hej, mała! – słowa „nie dość trzeźwi” nie oddawały w pełni ich stanu. Faceci byli zalani w trupa i najwyraźniej szukali ustronnego miejsca na publiczną toaletę.
Jasper wyszedł z samochodu, ostentacyjnie zaznaczając swoją obecność.
- Nic się nie stało – odpowiedział na jej przepraszający uśmiech. – Przed chwilą przyjechałem.
Na jego widok tamci odwrócili wzrok i skierowali się w swoją stronę, w poszukiwaniu wygodniejszego miejsca do załatwienia potrzeb. Widocznie to nie był ich najlepszy dzień na podryw.
Otworzył jej drzwi auta i przekonawszy się, że wygodnie siedzi, zamknął je i usiadł za kierownicą.
W środku dostrzegł nienaturalną bladość jej skóry i nieruchomy wzrok.
- Coś się stało? – rzucił, odpalając silnik.
Drgnęła, jakby wyrwana z zamyślenia (dałbym wiele, żeby wiedzieć co ci chodzi po głowie, przemknęło mu natychmiast przez głowę) i potrząsnęła głową.
- Nic takiego – odparła, siląc się na naturalny ton. Roześmiała się cicho – małe urwanie głowy.
- Acha – skwitował.
Nie przychodziło mu do głowy nic interesującego do powiedzenia. Zazwyczaj nie miał problemów z rozpoczynaniem rozmów, ale najwyraźniej tego dnia wyczerpał się jego zapas błyskotliwych tematów. Zamiast tego włączył radio.
- Gdzie jedziemy? – zapytał przy cichym wtórze falsetu Matta Bellamy’ego.
- Ach. No tak – czy ta dziewczyna naprawdę nie myślała o tym spotkaniu? Jej rozkojarzona mina wskazywałoby na to. Poczuł się urażony – Jeśli o to chodzi, to niedaleko jest Zebra.
- Pierwsze słyszę – faktycznie, nigdy nie słyszał o tym miejscu. Z drugiej strony, rzadko wybierał się do miasta w celach pracy nad referatem, ściślej rzecz ujmując, był to jego pierwszy raz, więc trudno było usprawiedliwiać to ignorancją – to gdzieś w centrum?
- Mniej więcej. Jeśli zatrzymamy się na parkingu obok poczty, będziemy mieli kilka kroków.
Przytaknął. Mniej więcej wiedział, o jakie miejsce chodzi.
W tej chwili w głośnikach zabrzmiały pierwsze takty Killing yourself... Sabbathów i odruchowo sięgnął ręką do regulatora głośności, żeby ściszyć. W aucie zawsze nastawiał radio na Rock Last, ale reszta zwykle czuła się urażona jego gustem muzycznym, tak więc odruchowo reagował przy kilku mocniejszych kawałkach. Tym bardziej zdziwiła go reakcja Jerico.
- Zostaw! – trzepnęła go po ręce. – Niech leci.
Czując się jak niesforny małolat, skarcony za zabranie pilota od telewizora starszemu bratu, zapytał tylko:
- Lubisz taką muzykę?
Do licha, dostał po łapach! I to od kogo?
Wychyliła się do przodu, omiatając włosami deskę rozdzielczą i przekręciła gałkę do góry. Wnętrze samochodu wypełniło się energicznymi riffami Iommiego.
- Ba, uwielbiam!
I zaczęła śpiewać:
Well people look and people stare
Well I don't think that I even care
Well I don't think that I even care
Nie miał pojęcia, jak ma zareagować na śpiewającą osobę w jego samochodzie. Wyjrzał nerwowo przez okno, obawie przed zobaczeniem gapiących się na nich przechodni, ale póki co, wszyscy zdawali się być pochłonięci swoimi sprawami.
You work your life away and what do they give?
You're only killing yourself to live
You're only killing yourself to live
Zerknął na nią z boku i roześmiała się, widząc jego zdziwione spojrzenie. Potrząsnęła głową w rytm gitary i w nozdrza uderzył go znajomy świeży zapach.
Nie spostrzegł się, kiedy na usta wpłynął mu szeroki uśmiech. Musiał to przyznać: miała naprawdę ładny głos.
Zatrzymali się na światłach. Przechodzący przez pasy mężczyzna w średnim wieku omal nie potknął się o własne buty, na widok dziwnej pary w land roverze. Chłopak o wyglądzie anioła śmiał się w głos za kierownicą, a jego partnerka machała głową przy wtórze donośnego ryku: Zabijasz się, by żyyyć!
Zatrzymali się przed budynkiem poczty i wysiedli z samochodu, zataczając się z uciechy.
- To gdzie teraz? – zapytał, uspokoiwszy w końcu oddech.
Zakręciła się wokół własnej osi i naszło go dziwne uczucie rozczulenia, kiedy na nią patrzył. Szybko się z tego otrząsnął i spojrzał we wskazanym przez nią kierunku.
- Gdzieś w tamtą stronę – stwierdziła.
Szybko okazało się, że to jednak nie ta droga i musieli się wrócić, po to, żeby dowiedzieć się od kobiety na chodniku, że lokal „Zebra” został zlikwidowany pół roku temu i na jego miejscu znajduje się zakład pogrzebowy. Wobec tego postanowili wejść do pierwszego lepszego miejsca, jakie spotkają, pod warunkiem, że nie będzie to kostnica. W tym czasie zdążył rozpadać się deszcz i zanim dotarli do pizzerii, byli cali mokrzy.
- Przepraszam – powiedziała Jerico wyciskając wodę z włosów i sadowiąc się na kanapie. – Mówiono mi, że to pewne miejsce.
- Nie ma sprawy – odparł. – Sam nie orientuję się w tych terenach.
Rozejrzał się po lokalu. Wydawało mu się, że trafili całkiem nieźle – choć roiło się od różowych zasłon i miękkich siedzeń, pizzeria nie sprawiała wrażenia miejsca, w którym do ciasta dodaje się wydzielinę z nosa.
- Zjesz coś? – zwróciła się do niego.
Uprzejmie zaprzeczył.
Niechętnym krokiem podszedł do nich kelner, jednak na widok Jerico, rozpinającej w tej chwili bluzę, podejrzanie się ożywił.
Napotykając spojrzenie Jaspera, natychmiast powrócił do poprzedniego stanu.
- Witam serdecznie w naszej pizzerii – wyrecytował. – Dzisiejsze danie dnia…
Jerico machnęła ręką i Jasper dostrzegł rąbek bandaża, wystający z rękawa.
- Nieważne co, byle było z salami – przerwała mu.
- Dziś tylko kanapki, proszę pani.
- Wszystko jedno, byle szybko. Padam z głodu.
- Do picia?
- Wytrawne wino – przewróciła oczami. – Cola, co za pytanie. A ty? – spojrzała pytająco na Jaspera.
- To samo.
Chłopak odszedł, wyraźnie urażony.
Odprowadziwszy go wzrokiem, oparła podbródek na dłoni i spojrzała mu prosto w oczy.
- Myślałeś w ogóle nad tym tematem?
Odkrył coś nowego w jej oczach: w jej źrenicach mieszały się różnorodne barw zieleni, tworząc niesamowitą mieszankę szmaragdowych odcieni. Rozpraszała go tym spojrzeniem.
- Będąc szczery, nie bardzo – odpowiedział.
Roześmiała się. Coraz bardziej podobał mu się ten dźwięk.
- Ja też nie – kelner wrócił i poczekała, aż rozstawi talerz z kanapkami i szklanki z napojem. Kiedy zostawił ich samych, dodała – ale wypadałoby zacząć. Na pewno nie jesteś głodny?
Był, nawet bardzo. Obawiał się jednak, że jego pojęcie apetytu nieco odbiegało od jej wyobrażeń.
Pokręcił przecząco głową.
- Trzymam za słowo – ugryzła kanapkę. Parsknęła, speszona jego spojrzeniem i musiała otrzeć kącik ust palcem, żeby nie ubrudzić krańca bluzy. – Przestań! Nie mogę się skupić.
- Na jedzeniu? – uśmiechnął się złośliwie.
Strzepała na niego drobinki chleba z palców i zasłonił się ręką, żeby nie dostać z okruszka w oko.
- Żarty żartami – nabrała poważnego tonu i w starym jak świat geście podwinęła rękawy bluzy – musimy zacząć działać.
- Wiec… Masz jakieś pomysły odnośnie szaleństwa pani Makbet? – zapytał. – Jakieś suge…
Urwał, kiedy jego spojrzenie padło na nagie przedramiona Jerico. Moment wcześniej nie przeoczył takiego szczegółu, jak koniec bandaża sterczący spod materiału okrycia i był przekonany, że musiała nadwyrężyć któryś z mięśni – często zdarzało się, że ludzie uciskali nadgarstki elastycznymi materiałami. Teraz jednak, prawdopodobnie pod wpływem energicznego ruchu, bandaż obsunął się, ukazując poznaczoną szramami skórę.
Nie poznaczoną. Zmasakrowaną.
Wyglądało to tak, jakby czyjaś silna ręka chwyciła za nóż i przeorała ostrzem wzdłuż ciało, zagłębiając się w nie po samą rączkę.
Ich układ wskazywał na to, że mogła je zrobić tylko jedna osoba. Ona sama.
Nie zastanawiając się nad swoimi odruchami, wyciągnął dłoń przed stolik i chwycił ją za rękę.
Było tam coś jeszcze. Na samej górze, w zagłębieniu łokcia tkwiło jeszcze jedno znamię, o znanym mu kolistym kształcie.
- Co ty…
- Kto ci to zrobił? – ostry ton w jego głosie sprawił, że obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem, ale napotkała źródło jego uwagi i usiłowała się wyrwać. Przytrzymał ją, zmuszając do spojrzenia mu w oczy – kto ci to zrobił, Jerico?
Odwróciła twarz.
- Muszę to wiedzieć – jego głos nabrał ostrych tonów. – Skąd masz te blizny?
Spojrzała mu w oczy. Uderzyła go siła tego spojrzenia: było w nim tyle nienawiści, że mimowolnie rozluźnił uścisk.
- Nie zbliżaj się do mnie – wysyczała.
TRZASK!
Okno za nimi eksplodowało, obsypując blat fontanną odłamków.
- CHOLERA JASNA! – zerwała się na równe nogi. Nie patrząc na niego, znieruchomiałego wbitego w kanapę, powtórzyła – po prostu nie zbliżaj się do mnie.
I ostatni raz obciągając rękawy bluzy, wybiegła przez otwarte drzwi prosto w deszcz.
Jasper zignorował kelnera, krzyczącego coś o kosztach naprawy i wszystkich ludzi, którzy zebrali się na środku lokalu. W jednej chwili znalazł się na ulicy.
Nie licząc samotnego skrawka bandaża w kałuży, była idealnie pusta.
24.08.2010 o godz. 21:39
komentuj (2)
Ale Słońce daje! Akurat mam okna tak jakoś na zachód i grzeje niesamowicie. Wiosna idzie!!!
Chwilę temu wyszła ode mnie jakaś dziewczyna, nie pamiętam imienia, pewnie z dołu. Nie byłem z nikim umówiony i przyznam, że w pierwszej chwili, gdy zadzwonił dzwonek u drzwi byłem przekonany, że to babcia od Józka przyniosła drożdżówkę :D. Potem okazało się, że komuś zabrakło cukru do ukręcenia piernika i czy może miałbym coś na stanie.
Nie miałem. Po co komu cukier? W końcu jogurty i takie różne są słodkie i nie trzeba ich dodatkowo słodzić, a do herbaty można wrzucić słodzik, co nie?
Zastanawiam się, czy przeprowadzka do tego segmentu była dobrym rozwiązaniem. Dziewczyna była bardzo rozchichotana (czyżby nerwica psychiczna?), a tak w ogóle to chyba inne to cierpią na jakieś deficyty, bo w pierwszych dniach po mojej wprowadzce ciągle ktoś do mnie przychodził, najczęściej lokatorki w parach po jakieś bzdury. Rozumiem, nowy mieszkaniec, ale, sorry, ludzie codziennie się wprowadzają i wyprowadzają, nie ma co robić z tego sensacji.
Wzięła ode mnie tego słodzika. W sumie, nie znam się na pieczeniu ciast i tak dalej, ale, czy te kuleczki nie nie roztopią się w cieście?
Jednego jestem pewien. Ja tego nie posmakuję.
Zaraz zabieram się do wykąpania mojego psa - coś czuję, że nie będę jedyną osobą z zepsutym humorem :D





