Wyniki wyszukiwania: Nie widzę jej
Znalezione filmy dla Nie widzę jej:
Brak.
Był nieco zdziwiony reakcją Alice na Jerico. Zdawał sobie sprawę, że jego przybrana siostra jest podekscytowana perspektywą poznania kogoś spoza ich najbliższego otoczenia, jednak nie mógł przewidzieć, że ich pierwsze spotkanie wywoła w niej taką reakcję. Alice sprawiała wrażenie wstrząśniętej i najwyraźniej nie był to najmilszy wstrząs jaki przeżyła.
„Musimy porozmawiać” – o co jej do diabła chodziło?
Nie takiej reakcji się spodziewał.
Nie zdążyli porozmawiać w szkole, między zajęciami i teraz zachodził w głowę, jak pozostać z nią sam na sam. Jakby wyczuwając w powietrzu coś interesującego, Aleksyn nie odstępował ich na krok. Jasper nie pojmował sytuacji, w której nie mógł czuć się pewnie we własnym domu. Dopóki nowy siedział w pokoju z psem i zajmował się własnymi sprawami, wszystko zdawało się być w porządku. Obecność nowego członka rodziny nie drażniła go nigdy tak jak teraz, kiedy chciał przed innymi zataić swoje myśli.
Z braku lepszego zajęcia postanowił wybrać się na długą przejażdżkę, żeby uspokoić zamęt w swojej głowie, którego źródła do końca nawet się nie domyślał. Nie uświadamiał sobie tak naprawdę, co jest powodem jego zdenerwowania, ani skąd w nim tyle niezdrowej ekscytacji; czuł się, jakby brakowało mu pewnej rzeczy, o której istnieniu nie zdawał sobie sprawy.
A może nie chciał zdawać sprawy?
Zdejmował właśnie płaszcz z wieszaka, kiedy usłyszał za sobą drwiący głos:
- To jak? To była ona, czy nie?
Aleksyn stał przy wyjściu do hollu, niedbale oparty o framugę drzwi.
Znieruchomiał, z ręką na szorstkim materiale kołnierza.
- Nic ci do tego, O’Hara – powiedział. O’Hara było prawdziwym nazwiskiem Aleksyna, zanim ten nie dołączył do klanu Cullenów.
Ten zignorował ostrzegawczy ton w jego głosie. Postąpił krok w jego stronę.
- A ja myślę, że to była ona. Ładna… - powiedział jakby do siebie – różowiutka. Kiedy ją zaprosisz do domu na obiad?
Tego było za wiele. Jasper odwrócił się i zanim zdążył się czegokolwiek domyślić, Aleksyn wylądował na drzwiach garderoby z ręką na gardle.
- Wiem, co ci chodzi po głowie, psie – wysyczał Jasper. Chłopak pod nim poderwał się gwałtownie, usiłując wyrwać się z jego uścisku, ale równie dobrze mógłby próbować podważyć stalową belkę. – Zbliż się do niej…
- Tak? A co mi zrobisz? – wycharczał tamten. Na jego usta wpełzł zupełnie nie pasujący do sytuacji uśmiech.
Jasper przycisnął go jeszcze mocniej. Jego palce zagłębiły się w skórze i oparły się na kości szczęki. Niemal czuł, jak tchawica ustępuje pod naporem jego ręki.
- Oderwę ci ten blond łeb – powiedział spokojnie.
Aleksynowi oczy niemal wyszły z orbit.
- Spró… spró… – nie mógł wydobyć słowa ze ściśniętego gardła, wykrztusił wreszcie – spróbuj.
Jasper zamierzał właśnie powiedzieć coś groźnego w stylu „jak sobie życzysz” i spełnić jego zachciankę, kiedy usłyszał za sobą kobiecy głos:
- Zostaw go – odwrócił się i zobaczył Alice, stojącą w butach i najwyraźniej gotową do wyjścia. – Szkoda zachodu.
Rozluźnił uścisk. Aleksyn zwiotczał i opadł na ziemię; Jasper najwyraźniej nie zauważył, kiedy go nieco uniósł w powietrze.
- Jeszcze zobaczysz – rozcierał właśnie gardło, w którym kryła się zmiażdżona krtań. Zaczęła się goić, bo widocznie go swędziało. W pewnym sensie, bardziej znośny był krótki ból momentu zranienia niż katusze swędzącej, przyspieszonej rekonwalescencji.
- Z chęcią się przekonam – Jasper przekroczył jego ciało i skierował się w stronę drzwi. Rzucił do Alice – Wychodzimy.
Na dworze było chłodno, pierwsze mgły ściągały od jezior. Korony drzew w ogrodzie otulały ulotne obłoki, trawa była wilgotna od wieczornej rosy. Jasper lubił porę, kiedy zamiast odległego szumu ulicy, jedynymi dźwiękami był rechot żab i świerszczy samobójców, które nie zdołały na czas ukryć się w jakimś ciepłym kącie. To był magiczny w swojej ciszy czas.
Kilka chwil i znaleźli się w lesie. Alice przeskoczyła zgrabnie nad zwalonym pniem drzewa i odgarnęła kilka zeschłych liści z głazu nieopodal.
- Nie słyszy nas? – upewnił się.
- Nie – odparła, sadowiąc się na kamieniu. Podciągnęła kolana pod brodę – Emmet zaraz natknie się na niego w przedpokoju. Aleksyn przypomni sobie, że powinien nakarmić Buto.
Prychnął.
- Nie cierpię tego psa – z wzajemnością, pomyślał natychmiast. Zwierzę za każdym razem warczało, kiedy znalazł się w pobliżu. Zaraz jednak przypomniał sobie główny powód ich rozmowy i spoważniał. – Co okazało się na tyle ważne, że zdecydowałaś się powiedzieć mi o tym na osobności?
Nie odpowiedziała od razu. Wstała i nerwowo zakręciła się wokoło.
- Nie wiem, jak mam to ująć, żeby nie zabrzmiało nieprawdopodobnie – powiedziała. Spojrzał na nią pytająco. – Rzecz w tym – strąciła mały listek z gałęzi nieopodal i zauważył, ile w tym było nerwowego gestu – że jej nie widzę.
Milczał zachęcająco.
- W swoich wizjach – dodała natychmiast. – Nie widzę jej w swoich wizjach.
Kąciki jego ust nieświadomie wygięły się ku dołowi.
- To niemożliwe, Alice.
- Specjalnie jej dotknęłam, żeby mieć lepszy kontakt, ale nic z tego nie wyszło - przypomniał sobie nagły uścisk ręki na korytarzu.
Ponownie usiadła.
- Wiesz, że doskonale przewiduję losy ludzi, bo sama kiedyś byłam człowiekiem – zaczęła. Przytaknął – jestem również zdolna do wizji na temat wampirów, z tej przyczyny, ze sama nim jestem. Po tej całej aferze z Bellą – uśmiechnęła się na samo wspomnienie – nabyłam umiejętność sprawdzania przyszłości wilkołaków, co ostatnimi czasy do niczego się nie przydaje… ale zawsze wiem, z kim mam do czynienia.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Kolejny listek wylądował na ziemi, strącony drobną ręką.
- Nie widzę jej – powtórzyła, unikając jego wzroku. – Nie należy więc do żadnego z gatunków, które znamy.
Słowa, które wydostały mu się z ust brzmiały obco.
- Jesteś pewna?
Nie musiała odpowiadać, żeby znał odpowiedź. Uczucie bezdyskusyjnej pewności w jej umyśle było niemal namacalne.
Spojrzała mu prosto w oczy. W świetle księżyca prześwitującego przez gałęzie drzew, jej oczy wydawały się błyszczeć wewnętrznym blaskiem.
- Musimy powiadomić Carlisle – powiedziała. – Czymkolwiek to jest, musimy kogoś poinformować.
„Musimy porozmawiać” – o co jej do diabła chodziło?
Nie takiej reakcji się spodziewał.
Nie zdążyli porozmawiać w szkole, między zajęciami i teraz zachodził w głowę, jak pozostać z nią sam na sam. Jakby wyczuwając w powietrzu coś interesującego, Aleksyn nie odstępował ich na krok. Jasper nie pojmował sytuacji, w której nie mógł czuć się pewnie we własnym domu. Dopóki nowy siedział w pokoju z psem i zajmował się własnymi sprawami, wszystko zdawało się być w porządku. Obecność nowego członka rodziny nie drażniła go nigdy tak jak teraz, kiedy chciał przed innymi zataić swoje myśli.
Z braku lepszego zajęcia postanowił wybrać się na długą przejażdżkę, żeby uspokoić zamęt w swojej głowie, którego źródła do końca nawet się nie domyślał. Nie uświadamiał sobie tak naprawdę, co jest powodem jego zdenerwowania, ani skąd w nim tyle niezdrowej ekscytacji; czuł się, jakby brakowało mu pewnej rzeczy, o której istnieniu nie zdawał sobie sprawy.
A może nie chciał zdawać sprawy?
Zdejmował właśnie płaszcz z wieszaka, kiedy usłyszał za sobą drwiący głos:
- To jak? To była ona, czy nie?
Aleksyn stał przy wyjściu do hollu, niedbale oparty o framugę drzwi.
Znieruchomiał, z ręką na szorstkim materiale kołnierza.
- Nic ci do tego, O’Hara – powiedział. O’Hara było prawdziwym nazwiskiem Aleksyna, zanim ten nie dołączył do klanu Cullenów.
Ten zignorował ostrzegawczy ton w jego głosie. Postąpił krok w jego stronę.
- A ja myślę, że to była ona. Ładna… - powiedział jakby do siebie – różowiutka. Kiedy ją zaprosisz do domu na obiad?
Tego było za wiele. Jasper odwrócił się i zanim zdążył się czegokolwiek domyślić, Aleksyn wylądował na drzwiach garderoby z ręką na gardle.
- Wiem, co ci chodzi po głowie, psie – wysyczał Jasper. Chłopak pod nim poderwał się gwałtownie, usiłując wyrwać się z jego uścisku, ale równie dobrze mógłby próbować podważyć stalową belkę. – Zbliż się do niej…
- Tak? A co mi zrobisz? – wycharczał tamten. Na jego usta wpełzł zupełnie nie pasujący do sytuacji uśmiech.
Jasper przycisnął go jeszcze mocniej. Jego palce zagłębiły się w skórze i oparły się na kości szczęki. Niemal czuł, jak tchawica ustępuje pod naporem jego ręki.
- Oderwę ci ten blond łeb – powiedział spokojnie.
Aleksynowi oczy niemal wyszły z orbit.
- Spró… spró… – nie mógł wydobyć słowa ze ściśniętego gardła, wykrztusił wreszcie – spróbuj.
Jasper zamierzał właśnie powiedzieć coś groźnego w stylu „jak sobie życzysz” i spełnić jego zachciankę, kiedy usłyszał za sobą kobiecy głos:
- Zostaw go – odwrócił się i zobaczył Alice, stojącą w butach i najwyraźniej gotową do wyjścia. – Szkoda zachodu.
Rozluźnił uścisk. Aleksyn zwiotczał i opadł na ziemię; Jasper najwyraźniej nie zauważył, kiedy go nieco uniósł w powietrze.
- Jeszcze zobaczysz – rozcierał właśnie gardło, w którym kryła się zmiażdżona krtań. Zaczęła się goić, bo widocznie go swędziało. W pewnym sensie, bardziej znośny był krótki ból momentu zranienia niż katusze swędzącej, przyspieszonej rekonwalescencji.
- Z chęcią się przekonam – Jasper przekroczył jego ciało i skierował się w stronę drzwi. Rzucił do Alice – Wychodzimy.
Na dworze było chłodno, pierwsze mgły ściągały od jezior. Korony drzew w ogrodzie otulały ulotne obłoki, trawa była wilgotna od wieczornej rosy. Jasper lubił porę, kiedy zamiast odległego szumu ulicy, jedynymi dźwiękami był rechot żab i świerszczy samobójców, które nie zdołały na czas ukryć się w jakimś ciepłym kącie. To był magiczny w swojej ciszy czas.
Kilka chwil i znaleźli się w lesie. Alice przeskoczyła zgrabnie nad zwalonym pniem drzewa i odgarnęła kilka zeschłych liści z głazu nieopodal.
- Nie słyszy nas? – upewnił się.
- Nie – odparła, sadowiąc się na kamieniu. Podciągnęła kolana pod brodę – Emmet zaraz natknie się na niego w przedpokoju. Aleksyn przypomni sobie, że powinien nakarmić Buto.
Prychnął.
- Nie cierpię tego psa – z wzajemnością, pomyślał natychmiast. Zwierzę za każdym razem warczało, kiedy znalazł się w pobliżu. Zaraz jednak przypomniał sobie główny powód ich rozmowy i spoważniał. – Co okazało się na tyle ważne, że zdecydowałaś się powiedzieć mi o tym na osobności?
Nie odpowiedziała od razu. Wstała i nerwowo zakręciła się wokoło.
- Nie wiem, jak mam to ująć, żeby nie zabrzmiało nieprawdopodobnie – powiedziała. Spojrzał na nią pytająco. – Rzecz w tym – strąciła mały listek z gałęzi nieopodal i zauważył, ile w tym było nerwowego gestu – że jej nie widzę.
Milczał zachęcająco.
- W swoich wizjach – dodała natychmiast. – Nie widzę jej w swoich wizjach.
Kąciki jego ust nieświadomie wygięły się ku dołowi.
- To niemożliwe, Alice.
- Specjalnie jej dotknęłam, żeby mieć lepszy kontakt, ale nic z tego nie wyszło - przypomniał sobie nagły uścisk ręki na korytarzu.
Ponownie usiadła.
- Wiesz, że doskonale przewiduję losy ludzi, bo sama kiedyś byłam człowiekiem – zaczęła. Przytaknął – jestem również zdolna do wizji na temat wampirów, z tej przyczyny, ze sama nim jestem. Po tej całej aferze z Bellą – uśmiechnęła się na samo wspomnienie – nabyłam umiejętność sprawdzania przyszłości wilkołaków, co ostatnimi czasy do niczego się nie przydaje… ale zawsze wiem, z kim mam do czynienia.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Kolejny listek wylądował na ziemi, strącony drobną ręką.
- Nie widzę jej – powtórzyła, unikając jego wzroku. – Nie należy więc do żadnego z gatunków, które znamy.
Słowa, które wydostały mu się z ust brzmiały obco.
- Jesteś pewna?
Nie musiała odpowiadać, żeby znał odpowiedź. Uczucie bezdyskusyjnej pewności w jej umyśle było niemal namacalne.
Spojrzała mu prosto w oczy. W świetle księżyca prześwitującego przez gałęzie drzew, jej oczy wydawały się błyszczeć wewnętrznym blaskiem.
- Musimy powiadomić Carlisle – powiedziała. – Czymkolwiek to jest, musimy kogoś poinformować.
21.08.2010 o godz. 16:30
komentuj (3)





