Wyniki wyszukiwania: Aleksyn
Znalezione filmy dla Aleksyn:
Brak.
- Jak mogłeś zachować się tak nieodpowiedzialnie! Mało brakowało, a wydałbyś nas wszystkich!
Huknęły zatrzaśnięte drzwi, Rosalie wpadła z rozpędem do przedpokoju.
- Żeby w szkole, w szkole… co cię napadło?!
- Rose… zdarzyło mi się to pierwszy raz… Nie mam pojęcia, dlaczego… Gdybyś czuła to, co ja…
- Co miałam czuć? Przestajesz się kontrolować, to wszystko! Codziennie przebywasz wśród setek ludzi i zachciało ci się jakiejś tam nowej dziewczyny? – nagle zamilkła, jakby straszna myśl przemknęła przez jej umysł. Podejrzenie odbiło się na jej twarzy – ciągnie cię do niej? – zapytała ni z gruszki ni pietruszki, zbliżając się do niego z podniesioną ręką. – Przyznaj, pociąga cię?
Cofał się przed jej oskarżycielskim spojrzeniem jak skazaniec przed wyrokiem sądu.
- Ja nie… nie…
Dźgnęła go wyciągniętym palcem w pierś.
- Ha! – krzyknęła triumfalnie. – A jednak! – teraz w jej krzykach zabrzmiały histeryczne tony. – Chcesz wplątać się w to samo, co Edward? Ponownie chcesz narazić naszą rodzinę na pretensje Volturi? Związać się z takim… takim mugolakiem?
- Chwila - ostatnie słowo brzmiało znajomo – czytałaś Harry’ego Pottera?
Zamrugała szybko oczami. Trafił w jej czuły punkt.
- Nie zmieniaj tematu, Hale! Chcę znać odpowiedź…
- Musiałaś czytać – przerwał jej. – Śmiałaś się z Alice, że kupiła wszystkie tomy, a sama podkradałaś jej części!
Nie odpowiedziała. Odwrócił się.
- Nie będę się tłumaczyć przed osobą, która przeczytała Harry’ego Pottera, a sama śmiała się z Alice.
Westchnienie za nim zasygnalizowało mu, że ich rozmowa nie dotarła do końca.
- Nie. Czytałam. Tych. KSIĄŻEK!
Postawił stopę na pierwszym stopniu schodów.
- Ależ to żaden wstyd, Rose – nie odwracając się odparł. – Każdy w swoim życiu potrzebuje odrobiny fantastyki.
ŁUP.
Cenna waza z bukietem kwiatów rozbiła się na ścianie w miejscu, gdzie zamierzał postawić kolejny krok. Woda z płatkami zeschłych liści rozlała się po szorstkiej tapecie i ściekała po niej szarymi strugami.
Poczuł, jak coś gorącego spływa mu po twarzy. Dotknął swojej skóry i poczuł ostrą krawędź w miejscu, w którym odłamek porcelany wbił mu się w kość policzkową. Wyciągnął go powolnym ruchem i odrzucił za siebie. Podłużne rozcięcie zrosło się, zanim odprysk uderzył w podłogę.
- Nie prowokuj mnie, Rose.
Pociemniałe oczy gorzały w białej twarzy. Była wściekła.
- Tak uważasz? Że kto tu komu działa na nerwy?!
Chwyciła miniaturową replikę Wenus z Milo i tym razem musiał się uchylić, żeby nie dostać w głowę. Ślizgając się po zalanych schodach i skorupach fajansu wbiegł na podwyższenie schodów.
Była tam. Pseudo dekoracyjna osiemnastowieczna szabla Carlisle, zawieszona na ozdobnych hakach.
Zerwał broń, zanim kolejny kruchy zabytek nie roztrzaskał się na ścianie. Opierając się na ręku jednym ruchem przesadził balustradę i zeskoczył na holl piętro niżej.
Rose czekała tam na niego, z własną karabelą opartą na ramieniu. Przypuszczał, że musiała mieć ją wcześniej schowaną we wnęce na płaszcze, w przeciwnym razie nie dotarłaby w takim tempie do własnego pokoju.
- Nie rozumiem, co cię tak poniosło – powiedział, zezując okiem by ocenić odległość między nimi. – Jesteś stanowczo zbyt nerwowa, nawet jak na własne możliwości.
Krzyknęła i natarła na niego. Odparł jej cios i zadała następny, tym razem celując w szyję i tylko jego błyskawiczny unik sprawił, że głowa została mu na swoim miejscu. Tymczasem Rosalie poślizgnęła się na mokrej posadzce i podcięła mu nogi, tak że opadł z hukiem na plecy.
Podniósł wzrok i zobaczył tylko wydłużone przez punkt widzenia ostrze wycelowane w jego czoło.
- Dość? – uśmiechnęła się z wyższością. Jej oddech nawet nie przyspieszył.
Poderwał się z miejsca, robiąc salto w tył wytrącił kopniakiem klingę szabli z jej dłoni, co wywołało w niej okrzyk zaskoczenia. Opadł z gracją na obie nogi i przerzucił broń do drugiej ręki.
- Jeszcze nie.
Prychnęła z wściekłością i z pasją odepchnęła krzesło stojące jej na przeszkodzie. Ponownie natarła, tym razem agresywniej, razy padały częściej i były zacieklejsze. Odgłosy ścierającego się żelaza odbijały się echem od wysokiego sklepienia i zwielokrotnione rozchodziły się po domu. Rosalie wskoczyła na niską komodę, roztrącając kryształowe karafki i szklane bibeloty, które rozsypały się na kafelkach i rozbiły w drobny mak. Zaraz podskoczyła, kiedy ostrze Jaspera rozszczepiło drewno między jej stopami. Z rozpędem kopnęła go w twarz przy wtórze donośnego chrupnięcia z siłą, która odrzuciła go na połowę hollu. Zniecierpliwionym gestem nastawił swój nos (rany co prawda szybko się na nim goiły, ale zostawienie pękniętej kości samej sobie przynosiło nieciekawe efekty) i jego wzrok zawiesił się na dębowym stole do przyjmowania gości.
Rosalie, pewna swojego miejsca, spojrzała na niego z wyrazem, który zdawał się mówić: nie zrobisz tego.
W tej chwili mebel pod nią przestał istnieć, dosłownie wbity w ścianę przez pchnięty nogą Jaspera stół. W chmurze tynku zmieszanego z dębowymi drzazgami, dziewczyna w ostatnim momencie chwyciła się solidnego kinkietu nad nią i zawisła dobre dwa metry nad ziemią.
- CO TU SIĘ DZIEJE?
Na szczycie schodów stał Carlisle i ze zgrozą w oczach patrzył na scenę rozgrywającą się na dole: na Rosalie, zwisającą nieruchomo z żyrandola, oraz Jaspera: z jego szablą w ręku i zakrzepłą krwią z nosa, zastygłego w dziwnej pozie z jedną nogą uniesioną na wysokość kolana z miną wyrażającą skruchę.
Oboje milczeli, przy czym Jasper dyskretnie, jak mu się wydawało, usiłował ukryć za plecami półtorametrowe ostrze.
- Powtarzałem tyle razy: żadnych walk wewnątrz domu!
Za jego plecami jak na zawołanie pojawiła się Esme, która załamała ręce nad pobojowiskiem w salonie.
- Co za bałagan! Po raz kolejny będziemy zmuszeni odnowić parter!
Wzrok Carlisle był pełen niemego wyrzutu.
Rosalie tymczasem zdołała zeskoczyć na posadzkę i pobieżnie otrzepać się z kurzu. Wskazała palcem Jaspera.
- To jego wina!
Nie zważając na to, co robi, wyciągnął ku niej rękę z bronią:
- To TY dostałaś napadu szału, nie ja!
- Jak sądzisz, dlaczego? Wszystko przez twoje szczeniackie zachowanie!
- Co się dzieje? Czy nie powinniście być o tej porze na zajęciach? – w głosie Esme zabrzmiały niepewne nuty. Spojrzała na chłopaka – i dlaczego masz w ręku miecz mojego męża?
- Ja… uhm.
- Niech wszyscy się uspokoją – Carlisle nie podniósł głosu, ale i tak wszyscy zamilkli na dźwięk jego brzmienia. Był stanowczy i opanowany – Rosalie, zdajesz się mieć w tej sprawie kluczową rolę. Wytłumacz nam proszę, o co chodzi.
Jakby na to czekała.
- Niewiele trzeba tłumaczyć. Mój braciszek – ostatnie słowo wymówiła z przekąsem, jakby godziło w jej poczucie przyzwoitości – omal nie rzucił się na nową dziewczynę w klasie – przerwała na chwilę, rozkoszując się reakcjami swoich przybranych rodziców. Sprawiali wrażenie zszokowanych – byłam zmuszona wyprowadzić go ze szkoły, żeby się uspokoił. Gdyby nie moja interwencja, naraziłby na szwank bezpieczeństwo całej rodziny, jestem tego pewna. I to wszystko z powodu normalnej dziewczyny, która…
- To nie jest normalna dziewczyna! – przerwał jej Jasper. Ku swojemu przerażeniu zauważył, że zabrzmiało to gwałtowniej, niż zamierzał – pachniała inaczej, niż zwykli ludzie i nie można było wyczuć jej tętna, na początku…
- Zanim nie rzuciłeś się jej do gardła? – wtrąciła Rosalie.
- Nie! – zaprzeczył. Czuł na sobie pełne napięcia spojrzenie Esme i Carlisle – Tam było coś innego… - przypomniał sobie swoistego rodzaju podniecenie, które nim zawładnęło tego poranka i niemal widział, jak szkarłatny rumieniec oblewa mu twarz. A niech to licho! Dokończył cicho – ona nie jest w pełni normalna.
- Kto nie jest w pełni normalny? – dobiegło ich chłodne pytanie.
Wszyscy jak na komendę odwrócili się w kierunku źródła głosu i ujrzeli Aleksyna, stojącego w drzwiach kuchni, opartego o ramę drzwi i sprawiającego wrażenie zbierającego się do wyjścia. Przy nim stał doberman Buto, strzygący niecierpliwie uszami i Jasper domyślił się, że wybierają się na polowanie.
Rzucił Rosalie ostrzegawcze spojrzenie, ale było już za późno.
- Nikt taki, tylko pewna dziewczyna wyzwala w Jasperku instynkty macierzyńskie – wyszczebiotała, ale zaraz zamilkła dostrzegając minę Carlisle. Nigdy nie mówił o tym głośno, ale było jasne, że nie do końca ufa Aleksynowi w sprawach pożywienia: zbyt długo żywił się ludzką krwią i zbyt krótki był jego staż w ich domu, żeby nie stanowić zagrożenia dla mieszkańców Grand Rapids.
Dla Jaspera natomiast Aleksyn pozostawał zdradliwym egoistą, który nie zawahałby się pomóc Volturi w spaleniu ich wszystkich na stosie, gdyby ta organizacja nie chciała zrobić tego z nim. Bo to było prawdziwą przyczyną mieszkania z nimi pod wspólnym dachem – wygoda, a nie chęć chronienia ludzi. Wspominał o tym Carlisle, jednak ten za bardzo wierzył w moc dobra, i nie dostrzegał bądź nie chciał widzieć wszelkich negatywnych przesłanek, żeby sobie tym zawracać głowę.
- Jasper ma kilka wolnych dni od szkoły – powiedziała szybko Esme, rzucając przelotne spojrzenie mężowi. Jasper jęknął – będziesz miał towarzystwo w te chwile, w których dom jest pusty.
- Czy w tej… szkole – Aleksyn celowo słowo „szkole” wypowiedział z odpowiednią porcją pogardy. Tam skąd pochodził nikt nie musiał się zniżać do obcowania z ludźmi – pojawił się ktoś wart uwagi?
Powiódł oczami, w których żarzyły się jeszcze czerwone odbłyski, po twarzach zebranych. Było jasne, że coś podejrzewa, jak to, że stał pod drzwiami i przysłuchiwał się awanturze, w przeciwnym razie nie okazałby tyle obojętności w stosunku do zburzonej częściowo ściany w salonie.
Nie doczekawszy się sensownej odpowiedzi, poprawił kołnierz płaszcza i omijając z wdziękiem odłamki gruzu, ruszył do drzwi.
- Cóż, jak mnie poinformowaliście, moja ludzka kwarantanna zbliża się ku końcowi – jego blade wargi wykrzywił uśmiech samozadowolenia. Skinął na psa, który w kilku susach znalazł się przy nogawce jego spodni – więc wrócimy do tego, jak tam wy to nazywacie, liceum… razem – mrugnął porozumiewawczo do Jaspera i zniknął za drzwiami.
W tej samej chwili, gdy trzasnęły zamykane drzwi, żyrandol, na którym kilka chwil wcześniej wisiała Rosalie oberwał się i spadł z hukiem na środek hollu.
- Drodzy państwo, macie to sprzątnąć.
Rosalie spojrzała spode łba na Jaspera z zamiarem dopieczenia mu do żywego, ale dostrzegła zatroskany wyraz jego twarzy i roześmiała się w głos.
Spojrzał na nią niepewnie.
Była cała w pyle i tynku, zawsze tak starannie ułożone włosy miała w nieładzie.
Nie wytrzymał.
Zaczął się śmiać.
Jednak świadomość, że Aleksyn wróci do szkoły razem z nim, tkwiła w jego umyśle jak jeden z tych odłamków porcelany, którymi usiana była posadzka.
Huknęły zatrzaśnięte drzwi, Rosalie wpadła z rozpędem do przedpokoju.
- Żeby w szkole, w szkole… co cię napadło?!
- Rose… zdarzyło mi się to pierwszy raz… Nie mam pojęcia, dlaczego… Gdybyś czuła to, co ja…
- Co miałam czuć? Przestajesz się kontrolować, to wszystko! Codziennie przebywasz wśród setek ludzi i zachciało ci się jakiejś tam nowej dziewczyny? – nagle zamilkła, jakby straszna myśl przemknęła przez jej umysł. Podejrzenie odbiło się na jej twarzy – ciągnie cię do niej? – zapytała ni z gruszki ni pietruszki, zbliżając się do niego z podniesioną ręką. – Przyznaj, pociąga cię?
Cofał się przed jej oskarżycielskim spojrzeniem jak skazaniec przed wyrokiem sądu.
- Ja nie… nie…
Dźgnęła go wyciągniętym palcem w pierś.
- Ha! – krzyknęła triumfalnie. – A jednak! – teraz w jej krzykach zabrzmiały histeryczne tony. – Chcesz wplątać się w to samo, co Edward? Ponownie chcesz narazić naszą rodzinę na pretensje Volturi? Związać się z takim… takim mugolakiem?
- Chwila - ostatnie słowo brzmiało znajomo – czytałaś Harry’ego Pottera?
Zamrugała szybko oczami. Trafił w jej czuły punkt.
- Nie zmieniaj tematu, Hale! Chcę znać odpowiedź…
- Musiałaś czytać – przerwał jej. – Śmiałaś się z Alice, że kupiła wszystkie tomy, a sama podkradałaś jej części!
Nie odpowiedziała. Odwrócił się.
- Nie będę się tłumaczyć przed osobą, która przeczytała Harry’ego Pottera, a sama śmiała się z Alice.
Westchnienie za nim zasygnalizowało mu, że ich rozmowa nie dotarła do końca.
- Nie. Czytałam. Tych. KSIĄŻEK!
Postawił stopę na pierwszym stopniu schodów.
- Ależ to żaden wstyd, Rose – nie odwracając się odparł. – Każdy w swoim życiu potrzebuje odrobiny fantastyki.
ŁUP.
Cenna waza z bukietem kwiatów rozbiła się na ścianie w miejscu, gdzie zamierzał postawić kolejny krok. Woda z płatkami zeschłych liści rozlała się po szorstkiej tapecie i ściekała po niej szarymi strugami.
Poczuł, jak coś gorącego spływa mu po twarzy. Dotknął swojej skóry i poczuł ostrą krawędź w miejscu, w którym odłamek porcelany wbił mu się w kość policzkową. Wyciągnął go powolnym ruchem i odrzucił za siebie. Podłużne rozcięcie zrosło się, zanim odprysk uderzył w podłogę.
- Nie prowokuj mnie, Rose.
Pociemniałe oczy gorzały w białej twarzy. Była wściekła.
- Tak uważasz? Że kto tu komu działa na nerwy?!
Chwyciła miniaturową replikę Wenus z Milo i tym razem musiał się uchylić, żeby nie dostać w głowę. Ślizgając się po zalanych schodach i skorupach fajansu wbiegł na podwyższenie schodów.
Była tam. Pseudo dekoracyjna osiemnastowieczna szabla Carlisle, zawieszona na ozdobnych hakach.
Zerwał broń, zanim kolejny kruchy zabytek nie roztrzaskał się na ścianie. Opierając się na ręku jednym ruchem przesadził balustradę i zeskoczył na holl piętro niżej.
Rose czekała tam na niego, z własną karabelą opartą na ramieniu. Przypuszczał, że musiała mieć ją wcześniej schowaną we wnęce na płaszcze, w przeciwnym razie nie dotarłaby w takim tempie do własnego pokoju.
- Nie rozumiem, co cię tak poniosło – powiedział, zezując okiem by ocenić odległość między nimi. – Jesteś stanowczo zbyt nerwowa, nawet jak na własne możliwości.
Krzyknęła i natarła na niego. Odparł jej cios i zadała następny, tym razem celując w szyję i tylko jego błyskawiczny unik sprawił, że głowa została mu na swoim miejscu. Tymczasem Rosalie poślizgnęła się na mokrej posadzce i podcięła mu nogi, tak że opadł z hukiem na plecy.
Podniósł wzrok i zobaczył tylko wydłużone przez punkt widzenia ostrze wycelowane w jego czoło.
- Dość? – uśmiechnęła się z wyższością. Jej oddech nawet nie przyspieszył.
Poderwał się z miejsca, robiąc salto w tył wytrącił kopniakiem klingę szabli z jej dłoni, co wywołało w niej okrzyk zaskoczenia. Opadł z gracją na obie nogi i przerzucił broń do drugiej ręki.
- Jeszcze nie.
Prychnęła z wściekłością i z pasją odepchnęła krzesło stojące jej na przeszkodzie. Ponownie natarła, tym razem agresywniej, razy padały częściej i były zacieklejsze. Odgłosy ścierającego się żelaza odbijały się echem od wysokiego sklepienia i zwielokrotnione rozchodziły się po domu. Rosalie wskoczyła na niską komodę, roztrącając kryształowe karafki i szklane bibeloty, które rozsypały się na kafelkach i rozbiły w drobny mak. Zaraz podskoczyła, kiedy ostrze Jaspera rozszczepiło drewno między jej stopami. Z rozpędem kopnęła go w twarz przy wtórze donośnego chrupnięcia z siłą, która odrzuciła go na połowę hollu. Zniecierpliwionym gestem nastawił swój nos (rany co prawda szybko się na nim goiły, ale zostawienie pękniętej kości samej sobie przynosiło nieciekawe efekty) i jego wzrok zawiesił się na dębowym stole do przyjmowania gości.
Rosalie, pewna swojego miejsca, spojrzała na niego z wyrazem, który zdawał się mówić: nie zrobisz tego.
W tej chwili mebel pod nią przestał istnieć, dosłownie wbity w ścianę przez pchnięty nogą Jaspera stół. W chmurze tynku zmieszanego z dębowymi drzazgami, dziewczyna w ostatnim momencie chwyciła się solidnego kinkietu nad nią i zawisła dobre dwa metry nad ziemią.
- CO TU SIĘ DZIEJE?
Na szczycie schodów stał Carlisle i ze zgrozą w oczach patrzył na scenę rozgrywającą się na dole: na Rosalie, zwisającą nieruchomo z żyrandola, oraz Jaspera: z jego szablą w ręku i zakrzepłą krwią z nosa, zastygłego w dziwnej pozie z jedną nogą uniesioną na wysokość kolana z miną wyrażającą skruchę.
Oboje milczeli, przy czym Jasper dyskretnie, jak mu się wydawało, usiłował ukryć za plecami półtorametrowe ostrze.
- Powtarzałem tyle razy: żadnych walk wewnątrz domu!
Za jego plecami jak na zawołanie pojawiła się Esme, która załamała ręce nad pobojowiskiem w salonie.
- Co za bałagan! Po raz kolejny będziemy zmuszeni odnowić parter!
Wzrok Carlisle był pełen niemego wyrzutu.
Rosalie tymczasem zdołała zeskoczyć na posadzkę i pobieżnie otrzepać się z kurzu. Wskazała palcem Jaspera.
- To jego wina!
Nie zważając na to, co robi, wyciągnął ku niej rękę z bronią:
- To TY dostałaś napadu szału, nie ja!
- Jak sądzisz, dlaczego? Wszystko przez twoje szczeniackie zachowanie!
- Co się dzieje? Czy nie powinniście być o tej porze na zajęciach? – w głosie Esme zabrzmiały niepewne nuty. Spojrzała na chłopaka – i dlaczego masz w ręku miecz mojego męża?
- Ja… uhm.
- Niech wszyscy się uspokoją – Carlisle nie podniósł głosu, ale i tak wszyscy zamilkli na dźwięk jego brzmienia. Był stanowczy i opanowany – Rosalie, zdajesz się mieć w tej sprawie kluczową rolę. Wytłumacz nam proszę, o co chodzi.
Jakby na to czekała.
- Niewiele trzeba tłumaczyć. Mój braciszek – ostatnie słowo wymówiła z przekąsem, jakby godziło w jej poczucie przyzwoitości – omal nie rzucił się na nową dziewczynę w klasie – przerwała na chwilę, rozkoszując się reakcjami swoich przybranych rodziców. Sprawiali wrażenie zszokowanych – byłam zmuszona wyprowadzić go ze szkoły, żeby się uspokoił. Gdyby nie moja interwencja, naraziłby na szwank bezpieczeństwo całej rodziny, jestem tego pewna. I to wszystko z powodu normalnej dziewczyny, która…
- To nie jest normalna dziewczyna! – przerwał jej Jasper. Ku swojemu przerażeniu zauważył, że zabrzmiało to gwałtowniej, niż zamierzał – pachniała inaczej, niż zwykli ludzie i nie można było wyczuć jej tętna, na początku…
- Zanim nie rzuciłeś się jej do gardła? – wtrąciła Rosalie.
- Nie! – zaprzeczył. Czuł na sobie pełne napięcia spojrzenie Esme i Carlisle – Tam było coś innego… - przypomniał sobie swoistego rodzaju podniecenie, które nim zawładnęło tego poranka i niemal widział, jak szkarłatny rumieniec oblewa mu twarz. A niech to licho! Dokończył cicho – ona nie jest w pełni normalna.
- Kto nie jest w pełni normalny? – dobiegło ich chłodne pytanie.
Wszyscy jak na komendę odwrócili się w kierunku źródła głosu i ujrzeli Aleksyna, stojącego w drzwiach kuchni, opartego o ramę drzwi i sprawiającego wrażenie zbierającego się do wyjścia. Przy nim stał doberman Buto, strzygący niecierpliwie uszami i Jasper domyślił się, że wybierają się na polowanie.
Rzucił Rosalie ostrzegawcze spojrzenie, ale było już za późno.
- Nikt taki, tylko pewna dziewczyna wyzwala w Jasperku instynkty macierzyńskie – wyszczebiotała, ale zaraz zamilkła dostrzegając minę Carlisle. Nigdy nie mówił o tym głośno, ale było jasne, że nie do końca ufa Aleksynowi w sprawach pożywienia: zbyt długo żywił się ludzką krwią i zbyt krótki był jego staż w ich domu, żeby nie stanowić zagrożenia dla mieszkańców Grand Rapids.
Dla Jaspera natomiast Aleksyn pozostawał zdradliwym egoistą, który nie zawahałby się pomóc Volturi w spaleniu ich wszystkich na stosie, gdyby ta organizacja nie chciała zrobić tego z nim. Bo to było prawdziwą przyczyną mieszkania z nimi pod wspólnym dachem – wygoda, a nie chęć chronienia ludzi. Wspominał o tym Carlisle, jednak ten za bardzo wierzył w moc dobra, i nie dostrzegał bądź nie chciał widzieć wszelkich negatywnych przesłanek, żeby sobie tym zawracać głowę.
- Jasper ma kilka wolnych dni od szkoły – powiedziała szybko Esme, rzucając przelotne spojrzenie mężowi. Jasper jęknął – będziesz miał towarzystwo w te chwile, w których dom jest pusty.
- Czy w tej… szkole – Aleksyn celowo słowo „szkole” wypowiedział z odpowiednią porcją pogardy. Tam skąd pochodził nikt nie musiał się zniżać do obcowania z ludźmi – pojawił się ktoś wart uwagi?
Powiódł oczami, w których żarzyły się jeszcze czerwone odbłyski, po twarzach zebranych. Było jasne, że coś podejrzewa, jak to, że stał pod drzwiami i przysłuchiwał się awanturze, w przeciwnym razie nie okazałby tyle obojętności w stosunku do zburzonej częściowo ściany w salonie.
Nie doczekawszy się sensownej odpowiedzi, poprawił kołnierz płaszcza i omijając z wdziękiem odłamki gruzu, ruszył do drzwi.
- Cóż, jak mnie poinformowaliście, moja ludzka kwarantanna zbliża się ku końcowi – jego blade wargi wykrzywił uśmiech samozadowolenia. Skinął na psa, który w kilku susach znalazł się przy nogawce jego spodni – więc wrócimy do tego, jak tam wy to nazywacie, liceum… razem – mrugnął porozumiewawczo do Jaspera i zniknął za drzwiami.
W tej samej chwili, gdy trzasnęły zamykane drzwi, żyrandol, na którym kilka chwil wcześniej wisiała Rosalie oberwał się i spadł z hukiem na środek hollu.
- Drodzy państwo, macie to sprzątnąć.
Rosalie spojrzała spode łba na Jaspera z zamiarem dopieczenia mu do żywego, ale dostrzegła zatroskany wyraz jego twarzy i roześmiała się w głos.
Spojrzał na nią niepewnie.
Była cała w pyle i tynku, zawsze tak starannie ułożone włosy miała w nieładzie.
Nie wytrzymał.
Zaczął się śmiać.
Jednak świadomość, że Aleksyn wróci do szkoły razem z nim, tkwiła w jego umyśle jak jeden z tych odłamków porcelany, którymi usiana była posadzka.
19.08.2010 o godz. 10:19
komentuj (3)





