Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

mini blogi w kilka sekund!

startuj i pisz je z nami

Diana Vickers-My Favorite Things http://youtu.be/d5W5fSZNRlI

Ulubiona książka- oprócz lektur szkolnych niestety nie czytam zbyt wielu książek, ale zawsze moim numerem 1 będzie 'Gwiazd naszych wina' John'a Green'a.

-Ulubiony zespół- no i tu mam mały problem bo jestem fanką kilku zespołów. Jednak najdłużej jestem Directioner więc moim ulubionym zespołem jest oczywiście One Direction.

-Ulubiony artysta- właściwie to artystka. Aktualnie szaleje na punkcie Iggy Azalea. Jest świetna i lubię jej piosenki.

-Ulubiony film- Świetnym filmem jest na pewno 'Atlas chmur' z 2011 roku chyba. Jest to świetnie zrobiona ekranizacja książki o tym samym tytule. Fabuła nie jest jakaś banalna i nawet ja zrozumiałam go dopiero jak wyszłam z sali kinowej. Polecam ten film na długie wolne wieczory.

-Ulubione perfumy- That Moment. Są idealne. Mają taki świeży zapach który utrzymuje się długo i czuć go na serio dobrze. Kto je ma na pewno nie żałuje

-Ulubiony portal społecznościowy- Twitter oczywiście :)

-Ulubiony internetowy sklep z odzieżą- fesswybitnie.com

I to tyle...
XOXO~I-Miss-You-
16.09.2014 o godz. 10:01

ŚMIERĆ! latwo umrzec. otworzyc pudelko z lekami zjesc cale opakowanie i umrzec w snie bez bolu. mysl o samobojstwie znowu wrocilo powiedzialam dawidowi o tym ze mam dosc i ze jakbym umarla to by byl spokoj powiedzial mojemu tacie o tym i tato ze mna rozmawial i mowil ze sensu nie ma rozmawial ze mna jak nigdy. i uslyszalam od dawida ze mu zalezy i boi sie ze mnie straci. czasami warto miec takiego chlopaka.
16.09.2014 o godz. 09:33

8.

Nie cierpię sprzątania. To najbardziej żmudne zajęcie na świecie, a miejscami obrzydliwe np. takie mycie naczyń, stos talerzy, znowu musiałam z połowę poukrywać, bo niby mało talerzy, ale za to milion widelców, łyżek, ... i garki, które się przypaliły, bo czasem zapominam, że coś się gotuje. Śmieci, uff czasami jak na wysypisku, od czego zacząć gdy są wszędzie, a ich segregacja z wynoszeniem zajmuje z 30 minut. Kolejna sprawa toaleta, uwielbiam jak jest świeża i czysta, ale samo jej mycie, no jest okropne. Zwierzaki, te to bałaganią, samo sprzątanie zajmuje mi z godzinę, ale kocham je i nie miałabym serca ich porzucić. Generalne sprzątanie jest wyczerpujące, ale czasami muszę grubo posprzątać, żeby na jakiś czas skrócić czas sprzątania. Ehh albo to przetrwam, albo się wykończę.
16.09.2014 o godz. 09:31

wakacje fantastycznie sie zaczely. caly pierwszy miesiac chodzenie do lekarza na badania i to cholerstwo co wyszlo czyli cysta ktora mnie przeraza.. i swiadomosc ze nie bede mogla miec dzieci jezeli ono nie zejdzie z jajnika:/. WRZESIEŃ. Szkoła, matura nauczyciele i uczniowie... czyli meczenie sie z ta glupia baba ktora sie uwziela na mnie ale ludzie mowia ze nauczyciele sa neutralni pfff nie wiem gdzie. lecz nie mam pojecia z jakiego powodu uczniowie ktorzy tylko mysla o swojej dupie aby dobrze im bylo lecz mowia ze jest przyjazn i trzeba sobie pomogac tylko szkoda ze to dziala tylko w jedna strone. dzisiaj powod zwolnienia ze szkoly bak zeszytow na lekcje z ktore mam z ta kobieta bo kolezanka pozyczyla i nie aczyla oddac na czas i jeszcze bol jajnika. i widze i czuje ze nie latwo mi jest o tym rozmawiac organizm wie ze jest cos nie tak bo sam zaczyna plakac brew mojej woli. sa czasami sytuacje i mysli kiedy nie mamy ochoty pamietac mysles lub wspominac najlepiej aby ich nie bylo.
16.09.2014 o godz. 09:29
Wiele firm sektora MŚP boryka się z problemami, których źródłem jest przede wszystkim generowanie zbyt dużych kosztów związanych z utrzymaniem taboru samochodowego. Niesprzyjająca dla sytuacji finansowej każdej firmy transportowej może także okazać się mało ekonomiczna przyjętych do realizacji zleceń przewozowych przy wykorzystaniu własnego taboru.
Najbardziej korzystnym rozwiązaniem zarówno dla małych jak i średnich przedsiębiorstw może okazać się skuteczne zarządzanie flotą, które opiera się na optymalnym zastosowaniu posiadanych zasobów oraz zminimalizowaniu kosztów związanych z wykorzystywaniem taboru. Nieodłącznym elementem optymalnego wykorzystania firmowej floty jest także racjonalne zarządzanie zleceniami przewozowymi.
Zgodnie z aktualnymi analizami sektora małych i średnich przedsiębiorstw wprowadzenie skutecznych procedur, u których bazę stanowi zarządzanie flotą zapewnia oczekiwane efekty w postaci pojawienia się zauważalnych oszczędności w niezbędnych kosztach. Badania przeprowadzone przez analityków pokazują zmniejszenie kosztów funkcjonowania przedsiębiorstwa nawet do 40% co może znacznie nareperować kondycję finansową każdej firmy. Zastosowanie specjalistycznego systemu monitorującego pojazdów pozwala nie jedynie na aktualną ich lokalizację i zbadanie zużycia paliwa ale dodatkowo umożliwia przeprowadzenie dokładnej analizy drogi jaką przebył firmowy pojazd i w jej oparciu opracowanie najbardziej optymalnej trasy , które zrealizuje poszczególne zlecenia przy zminimalizowaniu często występujących „pustych przebiegów”. Jeszcze nie tak dawno funkcjonalne systemy służące do zarządzania firmowymi zasobami dedykowane dla olbrzymich przedsiębiorstw w dzisiejszych czasach świetnie mogą sprawdzić się zarówno w średnich jak i małych firmach
16.09.2014 o godz. 08:53

16.09.2014 o godz. 00:47
Jest taki moment, gdy serce skacze oszalałe w piersi, moment w którym czuję całą sobą magię muzyki, która jest jedynym kluczem do otwarcia Drzwi. Swym wyglądem nie przypominają żadnych innych, takich które mogłam widzieć w swoim życiu tym bardziej, gdy przesłonięte są niemocą ich ponownego rozpoznania. Mimo tego, wchodząc przez ich próg, bezpowrotnie się zamykają za mną, mając tym samym mnie na swoje usługi, nigdy odwrotnie, na zawsze odznaczając swój ślad w sercu który nie pozwoli zapomnieć. Swoista blizna, która z czasem blednie, lecz nigdy nie zaciera sie całkiem na skórze, blizna ta jaka po nich pozostaje, od czasu do czasu pulsuje rwącą potrzebą ich ponownego zgłębienia, odszukania w sobie. Ich nieobecność nierzadko okala umysł boleśnie jakoby drut kolczasty, nie pozwala niczego planować, niczego wykonać, jest się bezsilnym wobec ich mocy, której nie mogę zakwestionować.

Drzwi. Nie zawsze udaje mi się je znaleźć. Nie zawsze, gdy je odszukam, uda się je otworzyć. Nie mają żadnej reguły ani instrukcji. Nie są na zawołanie. Kapryśne jak dziecko, nie ulegają pod naporem siły, jaką w nie wkładam, czasem zbyt zdesperowana żeby się tam znaleźć. Przesłonięte bluszczem niepotrzebnych myśli ze złotą, lekko zardzewiałą ozdobną klamką są jak spełnienie nienazwanego celu. Tylko, gdy całkowicie skupię swoją wolę na sobie, wyciszę na wszelkie zewnętrzne bodźce i muzyka zacznie snuć swą melodię, próg pokryją kolejne gałęzie refleksji, które zostawiam przed wejściem, zdaje się że pojawia się ozdobny klucz, którego nijak nie idzie zatrzymać przy sobie mimo wielu prób i wysiłku.

Otwiera się zupełnie inny wymiar, za każdą udaną próbą wtargnięcia tonę w nim coraz mocniej i coraz głębsza ryje się blizna po nim zamieniając się w bezkresną tęsknotę. Nie ma tam pojęcia czasu, wszystko trwa w miłym dla duszy bezruchu, można się zatrzymać i trwać, choć nie w nieskończoność. Jest za to nielitościwe morze, łódź bez steru na którą trzeba wejść i zapach jabłek. Nigdy nie wraca się tym samym kim się weszło, piętno tego miejsca zaznaczone w człowieku jest widoczne dla każdego kto tylko umie patrzeć.
15.09.2014 o godz. 22:22


galeria fotek tatuaży z aniołami anioły
15.09.2014 o godz. 21:48

Do uszu Emily dotarło ciche pukanie do drzwi, które od razu obudziło ją z zamyślenia. Te otworzyły się powoli i spokojnie. Oczom dziewczyny ukazała się kobieta przed czterdziestką.
- Można? - spytała niepewnie – byłam umówiona, pani Devine.
- Proszę mi mówić Emily – major uśmiechnęła się i gestem zachęciła nowo-przybyłą, by ta weszła i usiadła na krześle po drugiej stronie biurka.
- Dobrze, Emily – kobieta odwzajemniła uśmiech – więc ja jestem Wendy. Wendy Clinton.
- Bardzo mi miło – dziewczyna obdarzyła ją uśmiechem, którego kształt i wyraz na pewno miały wydźwięk uprzejmy, co Wendy z pewnością zauważyła. I doceniła w duchu. Bo trudno zachować się obojętnie wobec takiego uśmiechu, zniewalającego, rozpalającego gdzieś w głębi serca płomyczek radości. W sumie Emily lubiła nim obdarzać inne osoby bardziej, niż ktokolwiek inny. Po pierwsze, lubowała się w poczuciu, że komuś poprawiła humor, po drugie, sama w takim przypadku czuje się o wiele lepiej. Jeszcze nigdy w jej krótkim – a przynajmniej w porównaniu z wiekiem Wendy, ale Devine nie powie tego,, oczywiście, na głos, była to osoba o wysokiej kulturze osobistej – życiu nie zdarzyło się, by było odwrotnie.
Tak oczy owak, uśmiech nie znikał z jej ust. Zwolniła miejsce lekkiemu uniesieniu kącika lewej wargi, kiedy Wendy znów się odezwała.
- Więc pani... to znaczy, Emily. Chciałaś ze mną porozmawiać, tak?
Przez chwilę w umyśle major zagościła dezorientacja. Przyprawiła ją o krople potu oraz drżący oddech, jednak nie było to długotrwałe. Dlaczego? Z tego względu, że przypomniała sobie, że rzeczywiście, kontaktowała się z Wendy. Czuła jakieś przebłyski świadomości, aż w końcu w pełni uświadomiła sobie, że tak było naprawdę. Po prostu na chwilę o tym zapomniała, ot co. Ucieszyła sięw duchu, że fakt ten znalazł miejsce w jej myślach. Gdyby było odwrotnie, cóż, nie wiadomo, ile trwałby ten stan. Wiadomo jednak było, gdyby tak się stało, przypomnienie sobie tego trwało nieco dłużej, Wendy zorientowałaby się, że jest coś nie tak. Ale tak się nie stało. „Dzięki Bogu”, pomyślała. Nie lubiła bowiem, jak ktoś przyłapuje ją w takim stanie, a potem pyta, co się dzieje.
- Owszem – odparła po dłuższej chwili. Emily zauważyła, że jej rozmówczyni spojrzała na nią wymownie, jakby chciała uzyskać odpowiedź na to, czemu tak długo zwlekała z odpowiedzią. Jednak już po chwili zaczęła się przyglądać dość normalnie.
- Co by tu jeszcze dodać, zamieniam się słuch.
- Od czego by tu zacząć? - pomyślała na głos Emily – już wiem. Pani z pewnością miała już styczność z doktor Loster, prawda?
Wendy, kontemplując te słowa, wyciągnęła się na twardym, drewnianym krześle. Widząc to, jej rozmówczyni uznała, że siedzenie dla gości jest już bardzo stare i niemodne, a co by tu mówić o ewidentnej niewygodzie.Przez głowę tej pierwszej przemknęła diagnoza tego mężczyzny względem jego pacjentki, a jej córki.
- Chodzi o jakieś moce? Tak? - rozmówczyni pani major zdradziła po mimice swojej twarzy, że szuka odpowiednich słów, by wysłowić się dość zrozumiale. Po chwili znów przemówiła.
- Lekarz mówił, że Suzanne... moja córka... potrafi, a raczej będzie potrafić czytać w myślach. Ja... to znaczy nigdy nie wierzyłam w takie rzeczy. Aktualnie to, co wydawało się absurdem, tymczasem przemieniło i nadal ulega przeobrażeniu się w fakt... ostatnio całe moje życie obróciło się o kąt dziewięćdziesięciu stopni...
Emily słuchała tych słów z największym skupieniem. Kiedy Wendy skończyła, ta druga westchnęła głęboko i odpowiedziała.
- Pewnie to przez ten hipnotyzujący ton Lostera. Ale, tak czy inaczej, dobrze, że pani... to znaczy uwierzyłaś. - skoro zasugerowała jej zwracanie się po imieniu, uznała, że to działa we dwie strony – dla mnie też kiedyś było to jednym wielkim żartem. Ale to się zmieniło, kiedy zostałam majorem i niektóre sekrety dotyczące wojny zostały odsłonięte niczym kotara. - Emily położyła splecione dłonie na blacie dębowego biurka – a przynajmniej zostały pokazane dla mnie.
Wendy zdawała się jeszcze chwilkę kontemplować słowa swojej rozmówczyni. Ta druga zauważyła, że jej twarz przybiera różne emocje i stany: od niezrozumienia, strachu, niepewności po matczyną miłość.
- Mam jeszcze jedno pytanie – odezwała się po chwili – dlaczego one? Dlaczego dzieci?
Devine nie zaskoczyło to pytanie, ba! - nawet na nie czekała. A przynajmniej na pytanie o tym zabarwieniu. Już wcześniej przygotowała sobie odpowiedź, by nie zawahać się. W sumie często tak robiła, o ile wiedziała, jak będzie mniej więcej wyglądać wypowiedź tej drugiej strony. Albo drugich, bo nie zawsze dyskutowała w takich przypadkach z jednym delikwentem. Ale to nie było aż tak ważne, dlatego wyrzuciła te myśli ze swojej głowy.
Tak więc, niezwykle zadowolona z faktu swojej gotowości, otworzyła usta z z których już po chwili zaczęły dobiegać sensowne skowa. Te układały się w zdania, te ostatnie zaś – w ogólną, pełną sensu wypowiedź ozdobioną ładnym językiem.
- Jak to mówił Jan Paweł II: „Wy jesteście nadzieją świata, nadzieją Kościoła, moją nadzieją!” Sądzę, że ten wybitnie dowcipny a zarazem inteligentny polski papież uśmiechnąłby się, widząc, że jego filozofia została, chociażby przeze mnie, wykorzystana, teraz, kiedy panujje konflikt pomiędzy sojuszami i najczęściej reprezentowanymi je państwami.
Na obliczu Wendy pojawiły się nowe uczucia. Coś jakby mieszanina niezrozumienia z chęcią poznania prawdy oraz lekkiego szoku. Widząc to, Emily chciała przemówić ponownie by przedstawić to, co powiedziała w jaśniejszym świetle, ale ta rzekła ponownie, zanim tamta zdążyła otworzyć usta.
- Przecież Polacy to nasi wrogowie...
Major uśmiechnęła się. Bo znowu przewidziała, co Wendy powie.
- Tak, masz rację. Ale co ma piernik do wiatraka? Papież to papież, ma władzę nad wiernymi katolikami na całym, co by tu ukrywać, globie. – wyjaśniła, uwydatniając to ostatnie słowo.
Matka dziewczynki rozglądała się po pokoju. Ścianę przyozdabiało malarstwo takich artystów, jak Odilon Redon i Severini. Wyśmienicie komponowały się z wystrojem i podkreślały głębię barw tudzież występujących. Zachwycała się wyglądem wnętrza, pochłaniała ciekawie skomponowane kolory ścian, według mody post-modernistycznej, a obrazy spod pędzla tych malarzy powodowały wzmożenie wrażeń.
- A tak właściwie... - budząc się z zamyślenia, podjęła nowy wątek – czy mogłaby pa... to znaczy czy mogłabyś mi nieco opowiedzieć o tym konflikcie?
- Co dokładnie chciałabyś wiedzieć? - zadała pytanie Emily, z serdecznym uśmiechem widniejącym na jej ustach i odbijającym się w oczach. Mimo, że nie spodziewała się takiej prośby, nie pokazała tego po sobie i tym samym poradziła sobie z ta sytuacją.
- Wszystko. Dokładnie wszystko.
Major westchnęła głęboko i zaczynając rozglądać się po pomieszczeniu, zrozumiała zaciekawienie Wendy wyglądem tego małego gabineciku. I ona została zauroczona. Mimo, że widok ten ma prawie codziennie, to za każdym razem czuła się, jakby widziała to nowoczesne cudo w dziedzinie wystroju wnętrz po raz pierwszy. W sumie to często cieszy się jak dziecko z wielu rzeczy... Co prawda jest młoda, ale nie aż tak bardzo, nie przesadzajmy. Lubiła czasami poczuć się jak mały, bezbronny człowieczek. Wiedziała jednak, że nie może zbyt często uciekać do świata fantazji aż tak daleko, bo rzeczywistość sprawiła, że musiała szybko dorosnąć. Tak się stało, kiedy jej ojciec zmarł z powodu wypadku samochodowego. Ona oraz matka wyszły z tego cało... ale matka tylko pod względem fizycznym. Od tej chwil rodzicielka Emily zaczęła mieć poważne problemy fizyczne. Długie i częste pobyty w szpitalach, leki, elektrowstrząsy... to wszystko co prawda pomogło, ale naprawdę w minimalnym stopniu. Emily właściwie nigdy nie dowiedziała się, co jej się stało. I raczej nie czuła na sobie efektów jej potencjalnego schorzenia, a przynajmniej zaburzenia. Jednak uznała, że nie spyta się jej, bo po co? To wywoła zapewne jeszcze więcej niekorzyści. Wywoła u matki nieprzyjemne myśli, może nawet jej się pogorszy tak, że Emily poczuje jednak to, że coś jest z nią nie tak. Dlatego wolała nie rozdrapywać starych ran, co było wyjściem chyba najlepszym jak na tę sytuację. Mimo, że ciekawość zżerała ją od środka i pochłaniała całą dobrą energię. Ale musiała nieść ten lekki krzyż, dla dobra swojej rodzicielki.
W końcu postanowiła odpowiedzieć.
- Wiesz już, że stare nieporozumienia wyszły na światło dzienne; niespełnione obietnice, drobne konflikty. Niedawno je odkryto. My, Stany Zjednoczone, chcielibyśmy zakopać ten stary topór wojenny, jednakże Polska, z urażoną dumą, wypowiedziała nam nowy konflikt. Nieco infantylne z ich strony, nie sądzisz? I ja również tak myślę. Ale, całe szczęście, mamy sojuszników, co do których mam nadzieję, że, w razie czego przybędą nam z pomocą.

* * *

Co chwila różnicując swoje położenie na miękkim materiale obicia przedniego siedzenia samochodowego, obserwowała nieustannie zmieniający się krajobraz za szybą pojazdu. Jej wciąż obolałą głowę (chociaż i tak jest lepiej, niż było, pomyślała), zaprzątała tym razem nowa myśl: „jak wypadnę w oczach pani major?” Wyobrażała sobie, że kobieta o tak wysokiej randze jest zrzędliwą staruchą, czepliwą i niemiłą. Nie wiedziała nawet, jak bardzo się myliła. Zastanawiała się również nad natłokiem informacji nabytych w ciągu ostatnich kilku dni. Jak na tak młodą i wrażliwą osobę, było ich zdecydowanie zbyt dużo.
Kiedy jej oczom ukazały się obszerne, zielone pola, urozmaicone gdzieniegdzie niewielkimi zabudowaniami, uznała, że dobrze byłoby się zdrzemnąć. Bo – kto wie – może to jej pomoże? Jednakże, jak na złość, w tej samej chwili uderzył ją natłok wspomnień niezwykle intensywnych. I raczej niemiłych, takich, jakie wolałaby zepchnąć do najmroczniejszych otchłani własnego umysłu.
Po jakimś czasie obudziła się. Nawet nie zauważyła, kiedy zasnęła. To najwidoczniej świadczyło o tym, jak twardo spała a zarazem jaka była zmęczona. Odpoczynek sprawił, że natrętne myśli oraz wspomnienia nie zyskiwały w swej sile, ba! Było ich o wiele mniej.
Wkrótce potem kierowca zatrzymał pojazd. Dziewczyna pomyślała, że może samochód się zepsuł, brak mu paliwa albo po prostu mają postój. Nie pomyślała o tym, że być może są już na miejscu. O opcji najbliższej prawdzie. Ale Suzanne nawet nie przyjmowała jej do świadomości. Dlatego zadała pytanie kierowcy.
- Em... przepraszam, ale dlaczego stanęliśmy? - powiedziała, chcąc jak najszybciej uzyskać odpowiedź. Ten jednak nie śpieszył się z odpowiedzią, zamiast tego zapalił cygaretkę. Zaciągając się głęboko, tym samym rozprzestrzeniając trujący, a zarazem o pociągającym zapachu wanilii dym po całym pojeździe, sprawił, że pasażerka zaczęła kasłać.
- Jesteśmy już na miejscu, złotko. - mężczyzna odwrócił twarz w jej stronę, uśmiechnął się nieznacznie, po czym celowo wypuścił dym w tym kierunku.

* * *

Dziewczyna, odprowadzana przez kierowcę do drzwi wielkiego zabudowania, tak niepasującego do otoczenia, powiedziała mu, że dalej poradzi sobie sama, w końcu ma już szesnaście lat. Ten kiwnął głową, wrzucając niedopaloną cygaretkę do kałuży, nieielkiej pozostałości po wczorajszym deszczu. Suzanne pamięta tę pogodę z dnia poprzedniego. Lubiła taką, a zwłaszcza intesywne i długie ulewy. Pomagała jej w odpoczynku oraz dostarczała weny twórczej. Weny – która dla artystki jest elementem niezwykle ważnym. Bo trzeba wiedzieć, że dziewczyna od jakiegoś czasu bawi się akrylami, wyrażając siebie poprzez własną wizję martwych natur.
Powracając do tematu deszczu, przydałoby się tutaj dodać, że Suzanne urodziła się w czasie wielkiej ulewy, a w jej urodziny, rok w rok, z nieba na ziemię leciały intensywnie gęste krople wody, na dodatek z nieopisaną szybkością. Mama ją nazwała „królową deszczu”, i stosowała wobec niej tę ksywkę do czasu, aż ta skończyła dziewięć lat. Suzanne jednak bardzo podobał się ten pseudonim. Uznała, że pasuje do niej i okoliczności jej urodzin.
Po chwili znalazła się w wielkim hallu. Rozglądała się po nim, po czym została zauważona przez jakiegoś nastolatka stojącego na miejscu recepcjonisty, co jednoznacznie świadczyło o tym, że nim jest. Ten jednak, w przeciwieństwie do niej nie okazujący w żadnym stopniu zmieszania, kiedy ich spojrzenia się spotkały, oezwał się.
- Panienka czego tutaj szuka? - zadał pytanie po raz pierwszy ujrzanej dziewczynie. Zauważając dezorientację na jej młodej (mimo, że dzieliły ich najwyżej trzy lata różnicy) twarzyczce, uznał, ze inaczej ułoży swoje pytanie. - Może zapytam tak. Jak się nazywasz i kogo tutaj szukasz?
Dziewczyna, onieśmielona, zdobyła się na nieznaczny uśmiech.
- Jestem Suzanne... Clinton. Byłam umówiona z panią Devine.
- U pani major teraz ktoś jest, ale niedługo powinien wyjść z jej gabinetu. Może cię zaprowadzę? Trudno mi wytłumaczyć, jak tam trafić.
Nastolatka znów przywołała na swoje cienkie usteczka uśmiech. Ostatnio tak właśnie wyrażała swoje pozytywne uczucia.

* * *

- Wiesz, nie chcę być wścibski, ale co nieco wiem. Wiem, co cie tu sprowadza. Wiem to, bo przyjaźnięsię z Emily. - widząc pytający wzrok na twarzy Suzanne, sprecyzował – Emily to imię pani major. Sama jest bardzo młoda, więc nie zdziwiłbym się, gdyby kazała panience zwracać się do siebie po imieniu. Ponadto jest miła i wyrozumiała. Na pewno będziesz zadowolona a rozmowa przebiegnie sprawnie i zanim się obejrzysz, załatwicie swoje sprawy.
Suzanne próbowała wydobyć sens tych słów, niestety – była tak zestresowana, że zapamiętała z ruchu warg nastolatka jedynie fakt, że wie coś o niej. To po jakimś czasie wywołało u niej gniew.
- Tak, a niby co wiesz? Może prowadzisz jakieś tajne śledztwo? Może to ty podłożyłeś te wszystkie podsłuchy? - sama nie wiedziała, czy to słowa sarkastyczne, czy też podejrzenia. Znów wszystko jej się mieszało w głowie. Jedno było pewne. Złość w niej zaczęła wzbierać na sile. Nienawiść do nastolatka, zapoczątkowana podejrzeniami, stała się w końcu tak intensywna, ze Suzanne nie potrafiła myśleć o czymkolwiek innym.
Ten przez chwilę zdawał się kontemplować to, co powiedziała. Po jakimś czasie jednak jego usta otworzyły się, ale nie wydobył się z nich najcichszy nawet dźwięk. Spojrzał wymownie na dziewczynę. Szli przez pewien czas, milcząc. Po jakimś czasie chłopak stanął przed drewnianymi drzwiami i zwrócił się do towarzyszki.
- To tutaj – szepnął cicho.

* * *

Suzanne nieśmiało przekroczyła prób pokoju i w tej chwili chciał pożegnać się z młodym mężczyzną. Może nawet by go przeprosiła, gdyby nie to, ze tak szybko się ulotnił. Prawdę powiedziawszy, po części była zadowolona z tego faktu, mogąc uwolnić się z jego towarzystwa.
Powoli uniosła spojrzenie. I to, co zobaczyła, zszokowało ją. W pomieszczeniu, oprócz rudej dziewczyny, była również matka. Jej własna, rodzona matka.
Na początku nie wiedziała, co myśleć i co mówić, aż złość znów w niej zagościła.
- Witaj, kochanie. - pani Clinton, tuż po zmierzeniu od stóp do głowy córki wzrokiem pełnym matczynej miłości, spojrzała jej w oczy. Znalazła w nich najpierw zagubienie, które wkrótce potem przemieniło się w złość. I nienawiść. Starsza pani, zaskoczona, wciąż tkwiła wzrokiem w jej niebieskich tęczówkach i próbowała znaleźć odpowiedź na taką, a nie inną reakcję.
Córka kobiety w końcu znalazła odpowiednie słowa, które może wypowiedzieć.
- Co ty tutaj robisz? - wycedziła.
Pani Clinton nie rozumiała nic. Emily jednak, wyczuwając niezbyt miłą atmosferę, zdecydowała się odezwać. W sumie często poprawiała złą sytuację, i to głównie za pomocą własnych słów. Więc czemu i w tym przypadku tego nie spróbować?
- Hm, witaj, Suzanne – powoli wstała i podała nowo przybyłej rękę – właśnie czekaliśmy na twoje przybycie. Jestem Emily Devine. A właściwie major Emily Devine, ale zwracaj się do mnie Emy, dobrze?
Dziewczyna nie odwzajemniła tego gestu, zamiast tego tępo przypatrywała się pani major. Nie myślała o tym, że jej wyobrażenia o niej nie miały żadnego pokrycia w rzeczywistości. Ale to nie było teraz aż tak bardzo ważne. Uczucie nienawiści wciąż tkwiło w Suzanne. Można było to wyczytać z jej jasnych oczu. Sięgnęła ręką do włosów i przeczesała palcami niedbale ułożoną, krótką blond fryzurkę. W sumie kolor ten miał bliżej do bieli, aniżeli naturalnego blondu. To był jej znak rozpoznawczy, podobnie jak nieskazitelnie gładka, biała skóra. Nie sposób pomylić tego wizerunku z żadnym innym. Jej urodę dopełniały cienkie, równie blade usta, raz na jakiś czas potraktowane czerwonokrwistą szminką Co dziwne, wygląd matki był znacząco inny. Ta cechowała się kruczoczarnymi włosami, piwnymi oczami i pełną zmarszczek cerą, przy czym to ostatnie miało swe odzwierciedlenie w liczbie lat, które jak dotąd przeżyła. Podobnie było z innymi krewnymi, nawet tymi od strony ojca Suzanne. Więc fakt, że dziewczyna wygląda tak, a nie inaczej, było istną zagadką. Bo nawet rodzeństwo miało ciemne włosy. Panienka Clinton ma dzięki temu takie momenty, kiedy uważa, iż została adoptowana. Albo podmieniona w szpitalu. Jednak wyniki badań świadczyły jednoznacznie, że dziewczyna żyje w środowisku swojej prawdziwej rodziny.
Świdrując wzrokiem otoczenie, wzrok szesnastolatki zatrzymał się na młodzieńczym wyglądzie Emily. Pani Devine zauważyła te żywe zainteresowanie, więc postanowiła, że ostudzi nieco tę sytuację, odzywając się ponownie. Postanowiła, że zacznie łagodnie, powoli przechodząc do sedna sprawy. W końcu nigdzie im się nie spieszyło.
- Jak było w szpitalu? Poznałaś jakieś ciekawe... osoby? - chwila zawahania zdradziła, że Emily w ostatniej chwili ugryzła się w język. Bo chciała powiedzieć „istoty”, które to określenie o wiele lepiej określiłoby osobę Suzanne. W tej chwili w głowie najmłodszej z tego towarzystwa zaczęły się rodzić najróżniejsze pytania. Pytania o to wszystko, co do czego miała wątpliwości.
- Emy, o co w tym wszystkim chodzi... czemu ja tam w ogóle byłam i dlaczego... dlaczego akurat ja?!
Po wyglądzie major można było poznać, że spodziewała się tych słów. Znowu. Suzanne zdziwiło to, że tamta nie wykazała żadnych głębszych emocji na słuch o tym, co powiedziała. Było to dla niej istną zagadką. Ale musiała znać odpowiedź na te pytania, to zaprzątało jej głowę od chwili, kiedy w szpitalu kazali jej się ubrać i wejść do taksówki, a kierowca oznajmił jej, że jadą na spotkanie z kimś o randze majora.
Devine powoli usiadła, otworzyła szufladę biurka i wyjęła zeszyt z Marilyn Monroe na okładce. Kartkując stronice, wkrótce potem zatrzymała się na jednej z nich.
- Przeczytaj – poleciła niezwykle łagodnym, można by rzec kojącym głosem, podając nowo przybyłej przedmiot otwarty w pewnym miejscu.

* * *

Suzanne, kończąc czytać notatkę, chwilę zastanawiała się nad słowami, z którymi przed chwilą się zaznajomiła. I znowu miała wiele pytań. W sumie, zawsze je ma, ale niekoniecznie w tak dużej liczbie. Jej wątpliwości zazwyczaj nie były aż tak intensywne.
Zdawała się jeszcze przez chwilkę kontemplować to, co przeczytała. W końcu odważyła zadać się konkretne pytanie, bo zazwyczaj tylko takie doprowadzały ją do poznania prawdy. A ta ostatnia była czymś, co chciała za wszelką cenę poznać.
- Co to w ogóle jest? - zapytała nieco podniesionym tonem. A przynajmniej na początku, gdyż z każdą literą głos stawał się głośniejszy i na pewno bardziej pretensjonalny. Emily za to zachwałą stoicki spokój, mimo że powinna się zdenerwować za ten ton. Jednakże to w najmniejszym nawet stopniu nie było w jej stylu.
- Dzienniczek twojej siostry. Ewangeliny.
Devine, znów obserwując zdezorientowanie na jej niezwykle białym obliczu, postanowiła wyjaśnić parę spraw. W trakcie mówienia przez twarz Suzanne przechodziło wiele emocji. Zbyt wiele, na dodatek bardzo zróżnicowanych, których znacząca liczba sprawiła, że nie sposób ich wszystkich wymienić.

* * *

Od strony mieszkania dało się słyszeć dzwonienie a następnie chrzęst, dźwięki które zazwyczaj były wywołane przez przekręcany klucz w zamku. Drzwi od domostwa państwa Clinton otworzyły się. Przez próg przeszła młoda dziewczyna, o ciemnych włosach upiętych w koński ogon. Był to jeden z tych pięknych odcieni czerni (o ile kolor ten w ogóle ma odcienie), który bez problemu można nazwać kruczoczarnymi. „Dzień dobry', krzyknęła na cały głos. Niestety, nie doczekała się odpowiedzi. Towarzyszyła jej denerwująca cisza, świadcząca o tym, że jest sama w domu. Odczekała jeszcze parę chwil, aż w końcu, zrezygnowana, udała się w stronę kuchni.
Jej wzrok utkwił na lodówce, na której zawsze ona i pozostali członkowie rodziny przyklejają wiadomości dla reszty domowników. Były naprawdę różne – od polecenia zjedzenia obiadu zaczynając a na listach zakupów kończąc. Ale – co sprawiło, że dziewczyna zainteresowała się jej treścią – wisiała tam nowa, różowa kartka. „Ewangelino, Suzanne wyszła ze szpitala i pojechałyśmy do major. Nie wiemy, kiedy wrócimy, więc proszę, zrób sobie jajecznicę. Czy co tam chcesz zjeść. Kocham”

* * *

Suzanne szła jedną z ulic Phoenix. To właśnie przy niej stał pewien budynek. Tak, ten budynek, w którym znalazła matkę konwersująca z Emily. Przed chwilą go opuszczając, głośno trzaskając przy tym wszystkimi drzwiami przez których próg dane jej było przejść, była zaślepiona przez gęstwinę uczuć. Te w niej po prostu buzowały, zaślepione szaleństwem, i to tak bardzo, że potknęła się na schodach, ścierając sobie skórę na kolanie. Ale mało ją to teraz obchodziło. Zignorowała ból, aż wreszcie ten przestał jej dokuczać. Szła, szła i szła. Zamyślona w gęstwinie myśli dotyczącym jej istnienia. Ale czy to można nazwać istnieniem? A może raczej ślepym żywotem jej ciała? Może na jej egzystencję składało się samo bytowanie jej fizycznej części? Sama anatomia, bez jakiejkolwiek synchronizacji z duszą. Suzanne często się zastanawiała, czy jej wnętrze pasuje do ciała. Czasami wydawało jej się, że pochodzą z dwóch różnych od siebie światów. W sumie wiele rzeczy jej się mieszało. Dobro przeplata się ze złem, bez powiązania z neutralną, występującą pomiędzy nimi stroną.
Szła wciąż przed siebie, z każdym krokiem nieznacznie przyspieszając. Drobny żwir – występujący w dziurawych częściach wysłużonego chodnika – chrzęścił pod jej białymi trampkami. Wkrótce chód przemienił się w bieg. Najpierw był to trucht, potem jednak zaczęła gnać przed siebie. Nie znała celu swojej drogi. W sumie i to ją niewiele obchodziło. Byle dalej. Dalej od matki. Dalej od lekarzy. Dalej od Emily Devine. Major Emily Devine.
Wkrótce stanęła w miejscu, a emocje – niczym na rozkaz – opadły wraz ze swoją morderczą siłą. Zdziwiła się, gdzie ją nogi zaniosły. Właściwie początkowo nie potrafiła w to w ogóle uwierzyć, ale po jakimś czasie zdała sobie sprawę z tego, że to prawda. Chciała uciec stąd, jak najdalej, z dala od zastrzyków, kroplówek i lekarzy. Otrząsnęła się powoli z tych wszystkich niemiłych wspomnień, a tymczasem wielki, dwuczęściowe drzwi otworzyły się. Dziewczyna już miała odejść spoza obrębu szpitala, kiedy dwójka pielęgniarzy odezwało się w jej kierunku.
- Suzanne! - jeden z mężczyzn, ubranych w nieskazitelną biel, podbiegł i złapał dziewczynę za ramię. Uśmiechnął się do niej przyjaźnie, ae dziewczyna wyczuła. Coś... jakby podstęp? Nie była tego pewna. Po krótkim zastanowieniu się już miała wydobyć jakiś dźwięk, zbliżony do słów o treści „zostaw mnie”, kiedy drugi pan złapał ją za ramię i oboje poprowadzili w stronę drzwi. Ten pierwszy, podczas kiedy dziewczyna wiła się w objęciach silnych postaci, szarpała i kopała je, spojrzał jej głęboko w oczy, ale jakby nie mówił do Suzanne. A raczej do czegoś – a może kogoś – kto był w tych oczach, głęboko osadzony w czarnych źrenicach. Możliwe jednak również, że w tęczówkach. Przemówił:
- Dziękujemy ci, Inez, że przyprowadziłaś ją do nas.
„Inez?!” - Suzanne najpierw krzyknęła w duchu, potem usiłowała ten sam ton wydobyć na głos, ale z je just wydobył się jedynie cichy chryp. Teraz wijąc się jeszcze bardziej, silniej kopiąc niewzruszonych tymi próbami ucieczki, usłyszała głos wydobywający się z murzyńskich warg drugiego mężczyzny, pasujących do jego ciemnej karnacji.
- Theodorze, podaj mi kaftan i strzykawkę.

* * *

Suzanne w pierwszej chwili zrobiła wielkie oczy na przedmioty trzymane przez kogoś imieniu Theodor, ale w drugiej już leżała na stole. Dotarło do niej, że musiała stracić przytomność, bo mimo wszystko pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami minęła jakby cała wieczność. Ta dłużyła się jej niemiłosiernie, a składała się głównie z próżni. Była przypięta do pasów, a jakaś pielęgniarka smarowała jej skronie zimną i lepką mazią. Podczas tej czynności, wykonywanej niezwykle starannie, przemawiała do Suzanne uspokajającym tonem.
- Skarbie, nie ma się czego bać. Elektrowstrząsy to tylko parę sekund przepływu małego strumienia prądu przez głowę. A my musimy to zrobić, sama rozumiesz, bo twój lekarz kazał nam zrobić eksperyment, jak twój mózg pracuje w tak ekstremalnych warunkach.
Dziewczyna nagle zbladła. Prąd przez głowę? A co, jeżeli ją zabiją? Bala się śmierci prawie tak samo, jak życia. Bała się bólu. Fizycznego. I to nawet bardzo, szczerze powiedziawszy bardziej niż psychicznego.
Strach wzmagał się. Zawsze obawiała się tego, co nowe, z dwóch opcji zawsze wybierała rutynę. Tego, co nieznane, co dane jej było poznać lub czego dozna, gdyż nigdy nie wiedziała, jakie rezultaty to przyniesie. W sumie zawsze wybierała utarte ścieżki, uciekała się do sprawdzonych schematów. A co tu dopiero mówić o czymś takim, jak przepływ prądu przez głowę, przecież to musi niemiłosiernie boleć!
Podczas swojego szesnastoletniego życia naczytała się książek oraz naoglądała się filmów o szalonych doktorach medycyny. Nie pomyślała, że jej lekarz może być niespełna rozumu. A strach powoli, acz znacząco zyskiwał w swej sile. Zabierał jej całą dobra energię, czyli resztki czegoś, co posiadała i co było w tej chwili jedynym ratunkiem przed popadnięciem w obłęd. Obłęd mający swoje korzenie w strachu oraz wielu innych destrukcyjnych uczuciach, które trzymały się jej niczym rzep.
Matka zawsze jej powtarzała, że medycyna robi dla nas to, co najlepsze. Więc ból i ryzykowanie śmiercią pacjenta to dobro dla tego ostatniego? Suzanne nie potrafiła w to uwierzyć, nie umiała tego w pełni przyjąć do świadomości. Nie wierzyła, że te całe elektrowstrząsy są dla niej dobre. Bo dlaczego eksperyment, jakikolwiek test, może mieć zyski nie tylko dla uczonych? Chyba żaden. A przynajmniej szesnastolatka tak to odbierała.
Trwała tak w zamyśleniu, które jednak nie dawało jej ukojenia z tego względu, że podsycało to jej niepokój. Do czasu, aż pielęgniarka podniosła ze stolika coś na kształt słuchawek. Kiedy strach wzniósł się w dziewczynie do punktu krytycznego, drzwi otworzyły się drastycznie, z wielki hukiem.
- Zostawcie ją. Dobrze wam radzę.
Suzanne spojrzała w stronę drzwi i mimo że ograniczona pasami nie mogła zobaczyć całej postaci stojącej w drzwiach, ujrzała twarz. Autorka tych słów miała śniadą cerę z czarnymi włosami, które luźno opadały na szczupłe ramiona. Liczyła sobie około czternastu bądź piętnastu lat. Jej oczy – jedno różowe, drugie zielone – oślepiły Suzanne swoim blaskiem. Ale nowo przybyła nie była sama. Zza jej pleców wyszła postać chłopaka niewiele od niej młodszego. Ten miał oczy całkowicie czarne – czerń z tęczówek zlewała się z czernią źrenic, tworząc straszną dla obserwującego, jednobarwną plamę. Na ten widok Suzanne skrzywiła się w duchu, jednak możliwe, że jej taka a nie inna reakcja była widoczna również na twarzy.
Z oczu ciemniejszej dziewczyny wciąż emanowało olśniewające, zarazem drażniące wzrok, światło. Co chwila zatrzymywała się na jednej z osób personelu, a ta osoba osuwała się na ziemię. Po chwili wszyscy „wrogowie” dziewczyny z kolorowymi oczami (a tym bardziej wrogowie Suzanne), nieprzytomni, leżeli na zielonej posadzce. Mimo wszystko szesnastolatka miała cichą nadzieję, że nie zostali zabici. Tak, umiała jeszcze normalnie myśleć, mimo że doznała wielkiego szoku na widok paranormalnych zdolności tej dziewczynki, bo nie dało się ukryć, że to jej zasługa. Uszczypnęła się w lewe ramię, sądząc, że to sen. Ale to nie pomogło, poza tym wszystko wydawało się być takie realne, takie rzeczywiste... że odczuwało się ten realizm sytuacji. W końcu Suzanne zrozumiała, że to autentyczne wydarzenia, a niedowierzanie z każdą chwilą osłabiało się.
Chłopak spojrzał czarnym niczym smoła strumieniem na pasy krępujące ruchy Suzanne, a te pokryły się zimnym, czarnym niby-ogniem, a następnie spaliły się całe, nie uszkadzając jednak ciała szesnastolatki, która podczas tego procesu uwalniania czuła przyjemne ciepełko, nie za gorące, nie za zimne, nie pasujące temperaturą do prawdziwych płomieni.
- Chodźmy. Z dala od tego miejsca. Na co czekasz? Suzanne?
Ta zaś leżała jeszcze dłuższą chwilę w tej samej pozycji, zszokowana tym, co tutaj zobaczyła. Zastanawiała się również nad tym, skąd znają jej imię. Tkwiła tak w tej pozycji mimo że pasy nie krępowały jej ruchów. Widząc, że dziewczyna nie wstanie o własnych siłach, nowo przybyła podała jej rękę, dzięki której Suzanne dźwignęła się do góry. Wstając ze stołu, wciąć patrzyła w jej oczy. Teraz oślepiające światło ustąpiło miejsca spokojnemu, kojącemu spojrzeniu.
- Nawet nie wiesz, co ci groziło. To niezwykle męczeński zabieg. I to nawet bardzo. Od niego mózg staje się jedną wielką, bolesną wibracją. Skronie przepuszczają do niego prąd w tych sekundach torturach, które wydawałyby cie się godzinami...
- Więc o tobie zrobili takie... - Suzanne zdawała się chwilę kontemplować swoje myśli wraz z wypowiedzią nowej znajomej. - świństwo?
Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie. W tym uśmiechu można było wykryć niewielką dozę smutku.
- Tak. Wiesz, wszystkim nam, Dzieciom Róży, robiono ten eksperyment, gdyż podobno nasz mózg jest mniej podatny na uszkodzenia. Muszą to sprawdzić. Czy na pewno zasługujemy na ten tytuł.
- Hmm? - Suzanne opowiedziała, przynajmniej początkowo, pewnym niezrozumienia tonem. - Dzieci Róży?
Tym razem odezwał się chłopak.
- No tak... chwileczkę, ty o niczym nie wiesz!

* * *

- Usiedli na zewnętrznych szpitalnych schodkach. Suzanne z ciekawością a jednocześnie niedowierzaniem przysłuchiwała się temu, co te dwie osoby mają jej do powiedzenia. Dowiedziała się, że niektóre osoby do osiemnastego roku życia, które miały umrzeć w wypadku, jakimkolwiek wypadku, zwłaszcza samochodowej kolizji, zostały wybrane na tych, które będą nosicielami specjalnych mocy. Nie wiadomo jednak, kto za tym stoi. Wiadomo jednak, że zbliża się wojna i władze po prostu rozkazały wczepić umierającym te moce. Dlaczego pacjentom? Bo skoro już byli w szpitalu, czemu nie skorzystać z ich obecności?
Słowa docierały do Suzanne bardzo szybko mimo że trudno było w to wszystko uwierzyć. Ale szesnastolatka wierzyła. Bo czemu miałaby tego nie robić?
15.09.2014 o godz. 21:36

No to zaczynamy:
*piosenka ubiegłego tygodnia- zdecydowanie "Fireproof" One Direction http://youtu.be/E40pKmuqYkU

*teledysk ubiegłego tygodnia- The Janoskians "That`s what she said" http://youtu.be/Ch12ZPD-YFs

*Mashup ubiegłego tygodnia-Bang Bang vs. Shake It Off (Mashup) - Jessie J, Ariana Grande, Nicki Minaj & Taylor Swift http://youtu.be/OkKtmxyL-OE?list=UU7pGgXEYc76j81LUm9TmVbw -polecam mashupy tego użytkownika, Są naprawdę świetne :)

*fanfiction ubiegłego tygodnia- "30 days" autorki hazashton na Wattpadzie (niestety nie jestem teraz w stanie podać linka, ale jeżeli komuś bardzo zależy to potem podam)-historia o Ashtonie Irwinie z zespołu 5 seconds of summer

*wydarzenie ubiegłego tygodnia- urodziny Nialla Horana z One Direction.

I to na razie byłoby tyle. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu pojawi się więcej "kategorii". Na razie jednak z braku czasu nie miała jak przejrzeć internetu itp. :)

Dzięki za uwagę.
XOXO ~I-Miss-You-
15.09.2014 o godz. 20:15
Witam wszystkich na moim blogu :)

Myślę, że nie ma sensu pisać o głównym założeniu tego bloga, ponieważ nie umiem tego opisać słowami i myślę, żę sami zauważycie o co chodzi :)
XOXO~I-Miss-You-
15.09.2014 o godz. 19:52


mam nadzieję że kiedyś ktoś mnie może przytuli przytulanie
15.09.2014 o godz. 18:50

5.


Ostatnio nie wiem co ze sobą zrobić. Niby wszystkich doba ma dwadzieścia cztery godziny ale ja totalnie nie mieszczę się w tym czasie. Rozpocznie się dzień, za chwilę już się kończy. Strasznie umyka mi ten czas, nie wiem dlaczego. Czuje się zapracowana, nie przemęczona, ale zapracowana. Tak, to dobre określenie.

Piszę do was niespodziewanie, zdecydowanie nie miałam dokładnego planu, z reszta nigdy go nie mam, co tutaj napiszę. Na początku było trudno, kasowałam wszystkie zdania. Lecz teraz? Czuję moc, mogę pisać naprawdę wiele.
Szkoła jak to szkoła, nie ma w niej nic nadzwyczajnego. Jednak ludzie... Nad nimi warto zająć chwilę. Naprawdę są świetni. Coraz bardziej przekonuję się do komunikacji i portali społecznościowych. Przecież kiedyś? No właśnie... Kiedyś nie miałam nawet ochoty wchodzić na instagrama, czy na facebooka. A teraz jest zupełnie inaczej. Potrzebuję kontaktu z ludźmi, czuję, że dają mi oni siłę, żeby iść dalej przez życie i wstawać każdego poranka. To właśnie z myślą o ludziach budzę się rano i czekam na autobus, bo wiem, że zaraz spotkam znajomych. Czuję te siłę, czuję ją i bardzo mi się ona podoba.

Niedawno w sumie, żeby was nie okłamać było to kilka dni temu, dowiedziałam się, że obiekt moich westchnień spytał się o mnie pewnej osoby. Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam gdy się o tym dowiedziałam. Wbrew pozorom zależy mi na znajomości z nim jak z nikim innym. Czuję, że jesteśmy podobni, że będziemy mogli się ze sobą dogadać. Co dalej będzie? Tego nawet Bóg nie wie. Cieszę się każdym dniem, każdą chwilą. Tylko rozważam pewną rzecz. Czy zmienić siebie i swoje ciało dla innej osoby? Czy zacząć ćwiczyć i być bardziej fit żeby się komuś bardziej podobać? Znaczy... może źle się wyraziłam, przecież mogę pomóc i zrobić to tylko i wyłącznie dla siebie. Istnieje tylko jedyny problem, mianowicie moje lenistwo. Jest naprawdę ogromne. Czuje jak bym naprawdę była najbardziej leniwą osobą na świecie, jeżeli chodzi o ćwiczenia. I wiecie co myślę? Będę musiała to zmienić, ale jeszcze nie dzisiaj.

15.09.2014 o godz. 18:25
Jak to ? Co się stało ?-zapytałam zszokowana.
- Dziewczyna Daniela jest w szpitalu. Nie mogę uwierzyć, że ktoś mógł ją tak skrzywdzić. Jak mogliście zostawić ją samą w clubie ?!
- Co ? Wujku ty nic nie rozumiesz ! W ogóle powiedz mi gdzie znajduje się ten szpital ! - krzyknęłam zdenerwowana.
- Tylko czym tam dojedziesz ?- zapytał wujek, pisząc na kartce adres.
- Razem z Justinem pojedziemy tam Twoim autem .Chyba się zgadzasz ?-mruknęłam.
- A mam inny wybór ? - zaśmiał się lekko.
- Dziękuje. Chodź, musimy już jechać - odparłam chwytając Jusa za rękę.
.*.
Droga do szpitalu strasznie się dłużyła.Niby nie trawiłam tej całej Justyny, ale namyśl , że ktoś zrobił jej coś złego , aż przeszły mnie dreszcze. Próbowałam dodzwonić się do Daniela, jednak on nie dawał znaku życia. Martwiłam się. A jeśli on się teraz załamie ? Przecież to nie jego wina ! Sama doprowadziła do tego, że zostawiliśmy ją tam samą...
Kiedy dojechaliśmy wreszcie do szpitala, wbiegłam jak oszołomiona do budynku. Zaczęłam się wypytywać napotkanych mi pielęgniarek, czy wiedzą gdzie leży dziewczyna o imieniu Justyna. Po około dopiero dziesięciu minutach, dotarłam do właściwej sali. W niej leżała Justyna i dwie inne dziewczyny. Przez szybę widziałam, że nie wygląda za dobrze. Jej twarz był pobita , a czoło całe w opatrunku. Zapukałam lekko w szybę. Na to zareagowała tylko ciocia. Daniel spoglądał nieustannie w śpiącą Justynę.
- Co ty tu robisz ? - zapytała cicho ciotka.
- Wujek powiedział mi , że Ty i Daniel pojechaliście do szpitala, więc strasznie się przestraszyłam. Co jej się stało ?
- Została brutalnie pobita i...
- I co ? - burknęłam zdenerwowana.
- Zgwałcona - odparła wpatrując się w podłogę.
- Że co ? Zgwałcona ? To nie możliwe. Kto jej to zrobił ?!
- Jeszcze nie wiadomo. Zamknęła się w sobie. Jedynie podała numer telefonu Daniela i prosiła ,aby powiadomić go o całym zdarzeniu. To straszne. Nie mogę uwierzyć, że ktoś potrafił ją tak brutalnie skrzywdzić !
- A co na to Daniel ?
- Żałuje, że ją wczoraj zostawił w clubie. Kto w ogóle wpadł na taki głupi pomysł ?!
- Ciociu ,Ty nawet nie wiesz co ona zrobiła Danielowi ! Zdradziła go ! -krzyknęłam zdenerwowana.
- Jak to ? To niemożliwe. Przecież Justyna na pewno by mu czegoś takiego nie zrobiła - odrzekła pewnie.
- Nie wierzysz mi ? Zapytaj Daniela czy kłamię ? - oznajmiłam zirytowana.
- W każdym razie, nie widzisz w jakim ona jest stanie ?! - burknęła.
- Widzę, ale przecież to nie moja winna , że ''lizała'' się z pierwszym lepszym chłopakiem.
- Zobaczysz jeszcze wszystko się wyjaśni - odparła spokojnie.
- Tsa - mruknęłam pod nosem.
.*.
Czekałam na korytarzu z Justinem przez jakieś pół godziny na Daniela.Przez ten czas przemyślałam tekst, który mu uświadomi , że Justyna to nie dziewczyna dla niego.Przez nią mamy cały czas jakieś kłopoty. Za dwa dni wracam do domu , więc nie chce spędzić ich w obecności Justyny, której tak nienawidzę. Kiedy tylko Daniel wyszedł z sali, podeszłam do niego i zaczęłam do niego przemawiać :
- Nie widzisz jak się nad nią litujesz ? Daniel, ogarnij się !
- To wszystko przez ciebie . Daj mi spokój - odrzekł z poważną miną.
- Czyli to ja jej wkładałam język do ust jakiegoś typa ? - zapytałam zirytowana.
- Ktoś jej coś dosypał do drinka i dlatego...
- I Ty w to wierzysz ? - spytałam śmiejąc się głośno.
- Tak. Jesteś zwykłą idiotką. Jak mogłaś pozwolić, aby tam została sama ! ...
- Że co proszę ?!
15.09.2014 o godz. 17:09
15.09.2014 o godz. 16:34

15.09.2014 o godz. 16:30

smok

ze smutkiem stwierdzam że ten oto smok mi się mało podoba
15.09.2014 o godz. 16:19
♥Dziękuję ze Jesteś♥
15.09.2014 o godz. 16:14